Podsumowania 29. kolejki Premier League nie można rozpocząć inaczej niż od stwierdzenia: Manchester jest czerwony. To bowiem efektowne zwycięstwo ekipy Ole Gunnara Solskjaera było na Wyspach punktem kulminacyjnym minionej serii gier. Oprócz tego warto jednak się pochylić m.in. nad efektowną wygraną Chelsea nad Evertonem czy fatalną dyspozycją Aston Villi. Zapraszamy na kolejną już edycję naszej serii „Pakerzy i frajerzy”.
Miniony weekend nie przyniósł nam najbardziej zaciętych spotkań w historii angielskiego futbolu. Na dziesięć rozegranych pojedynków zaledwie w dwóch przypadkach oba grające zespoły zdobyły co najmniej po jednej bramce. Poza nimi 29. kolejka Premier League stała raczej pod znakiem sztuki pogromów, których głównymi aktorami byli Chelsea i Leicester City.
Liverpool na moment ugasił pożar w stajni Juergena Kloppa, bowiem jego drużyna pokonała Bournemouth 2:1 po golach Mane i Mohameda Salaha. Styl ekipy z Anfield pozostawiał jednak sporo do życzenia, a tylko fenomenalne wybicie piłki z linii bramkowej przez Jamesa Milnera uchroniło gospodarzy od straty drugiego gola. Co jednak najważniejsze, to trzy zdobyte punkty, które coraz bardziej przybliżają „The Reds” do historycznego, pierwszego mistrzostwa Anglii. Liverpool potrzebuje do tego już tylko sześciu punktów w dziewięciu pozostałych kolejkach.
Z kolei dzięki wygranej z Newcastle Arsenal Mikela Artety kontynuuje swoją świetną passę. Trzecie zwycięstwo z rzędu oznacza, iż na przestrzeni ostatnich dziesięciu ligowych spotkań tylko Liverpool i Manchester City zgromadzili więcej punktów niż ekipa „Kanonierów”.
Zupełnie inne nastroje panują w biało-błękitnej części północnego Londynu, gdzie Tottenham Jose Mourinho ponownie stracił punkty. Tym razem na drodze Portugalczyka stanął Sean Dyche i jego Burnley, którym udało się wywalczyć cenny remis 1:1. Europejskie puchary oddalają się od „Kogutów” coraz bardziej.
Pakerzy
29. kolejka Premier League przyniosła nam naprawdę wielu kandydatów do miana pakera kolejki. Ostatecznie jednak nasz wybór padł na Aarona Wan-Bissakę. Anglik całkowicie zneutralizował zagrożenie ze strony Raheema Sterlinga, a także dodał coś od siebie w ofensywie. Nic więc dziwnego, że pomeczowe statystyki wskazały właśnie jego jako gracza z największą liczbą udanych odbiorów (6/6) czy wygranych pojedynków (3/3).
Jamie Carragher po tym spotkaniu nazwał Wan-Bissakę najlepszym obrońcą na świecie w pojedynkach jeden na jednego. I wypada się z ekspertem Sky Sports zgodzić. Po mieszanych występach na przestrzeni ostatnich miesięcy Anglik odzyskał wreszcie najlepszą formę z czasów gry w Crystal Palace i jest ostoją defensywy w nowym klubie. 55 mln euro zapłacone za tego zawodnika wydaje się coraz lepszym biznesem ze strony Manchesteru United.











