Po klapie na Euro 2008 Leo Beenhakker dostał drugą szansę. Holender nie podzielił losu Pawła Janasa czy Jerzego Engela, którzy po nieudanym turnieju (w ich przypadku to były mistrzostwa świata) musieli pożegnać się z kadrą. Były trener między innymi Realu Madryt otrzymał kredyt zaufania i pozostał na stanowisku. Dostał zadanie, aby wywalczyć awans na mundial w RPA. Po losowaniu grup eliminacyjnych wydawało się, że nie będzie to jakoś specjalnie trudne wyzwanie. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna.
Powiedzmy sobie szczerze – kiedy stało się jasne, z kim przyjdzie nam się zmierzyć w walce o mistrzostwa świata, mało kto zakładał brak awansu. Mieliśmy furę szczęścia w losowaniu, bo naszymi rywalami były wówczas Czechy, Słowacja, Słowenia, Irlandia Północna oraz San Marino. Można było trafić znacznie gorzej. Oczywiście obawialiśmy się Czechów, ale akurat, jak się później okazało, oni nie spisali się najlepiej w tych eliminacjach.
Mimo to zajęliśmy dopiero piąte miejsce, wyprzedziliśmy jedynie San Marino. Porażka na całej linii, kolejny raz zostaliśmy brutalnie sprowadzeni na ziemię. Prawda jest jednak taka, że ten rezultat w pełni oddaje siłę (a w zasadzie jej brak) ówczesnej reprezentacji Polski. Można narzekać na polską piłkę, ale ilekroć wracamy pamięcią do tego, co było raptem dziesięć lat temu, uświadamiamy sobie, że teraz jednak nie jest aż tak źle.
Pogrzebane nadzieje
Symbolem tych ciemnych czasów polskiego futbolu był ten przeklęty mecz w Mariborze. Wynik 3:0 jest mylący. Powinniśmy przegrać wyżej. Byliśmy dramatycznie słabi, nie stawialiśmy oporu, nie próbowaliśmy wpłynąć na wydarzenia na boisku, które od początku nie układały się po naszej myśli. Biernie przyglądaliśmy się Słoweńcom, którzy robili z nami, co chcieli.
Starcie w Mariborze było meczem o wszystko. I jak to z polskimi „meczami o wszystko” zwykle bywa – przegraliśmy je. Przed pierwszym gwizdkiem sędziego zarówno Polska, jak i Słowenia miały po 11 punktów w tabeli. Tylko zwycięstwo przedłużało nadzieje jednego i drugiego zespołu choćby na baraże.
Spotkanie Słowenia – Polska to była trzecia od końca kolejka tych eliminacji. Tak jak wcześniej wspomniałem, jeszcze na tym etapie oba zespoły miały tyle samo punktów i były w podobnej sytuacji. Jednakże końcówka tych eliminacji była zgoła odmienna dla obu ekip. Słowenia po zwycięstwie nad Polską zdołała odprawić jeszcze z kwitkiem Słowację i San Marino, co dało jej możliwość gry w barażach.
Polska, która po meczu w Mariborze grała już o nic, przegrała jeszcze w Pradze z Czechami (0:2), a następnie uległa Słowacji 0:1 na Stadionie Śląskim. Tamto spotkanie odbyło się na śniegu, w grobowej atmosferze i przy niemal całkowicie pustych trybunach. Garstka fanów, która jednak zdecydowała wybrać się na to starcie, oglądała zwycięstwo Słowaków, którzy po końcowym gwizdku sędziego mogli świętować awans na południowoafrykański mundial. Kibice „Biało-czerwonych”, widząc radość naszych południowych sąsiadów, zastanawiali się, dlaczego to nie mogliśmy być my.
Jesteśmy na deskach
Wróćmy jednak do meczu wyjazdowego ze Słowenią, który ostatecznie pogrzebał nasze szanse na awans do mistrzostw świata. Dlaczego to starcie stało się symbolem ówczesnej reprezentacji Polski? Przede wszystkim dlatego, że rozegraliśmy koszmarne spotkanie. Nie chodzi tylko o sam wynik, „Biało-czerwonym” zabrakło pomysłu na ten mecz oraz zaangażowania, a przecież było to dla nas starcie ostatniej szansy w tych eliminacjach.











