Po meczu Barcelony z Sevillą można by napisać bardzo dużo tekstów. Każdy traktowałby o czymś innym, każdy byłby pewnie istotny. My postanowiliśmy skupić się na czymś, co naszym zdaniem jest ważniejsze niż marne sędziowanie, głupie zachowania piłkarzy czy anormalna nerwowość w grze.
Barcelona w sezonie 2012/2013 rozegrała dziewięć meczów. Sześć w lidze, dwa w krajowym superpucharze i jeden w Lidze Mistrzów. Zadziwiające jest to, że Katalończycy w tym czasie czyste konto zachowali jedynie dwa razy. W obu przypadkach były to domowe mecze z drużynami przeżywającymi poważny kryzys. Aż cztery razy „Blaugrana” dawała sobie wbić dwa gole. Podsumujmy: dziewięć meczów – jedenaście straconych bramek. Rok temu, by wyjąć piłkę z siatki po raz jedenasty, Victor Valdes musiał czekać do osiemnastego (!) spotkania. Rok temu po dziewięciu meczach licznik czystych kont wskazywał cztery, a później nastąpiła seria siedmiu kolejnych starć na zero z tyłu. Rok temu Barcelona miała najlepszą obronę na świecie. Teraz defensywa wicemistrzów Hiszpanii wywołuje tylko śmiech. Nawet ostatnia w tabeli Osasuna potrafiła wbić chłopcom Vilanovy gola…
Powiecie, że winne są kontuzje, że gdyby Puyol i Pique byli zdolni do gry, to Barcelona grałaby znacznie lepiej. A my pytamy: pamiętacie, jak wyglądała gra Barcelony z duetem Katalończyków? Obaj zagrali w tym sezonie razem w dwóch spotkaniach. Z Osasuną i Getafe. Oba zostały przez ekipę z Camp Nou wygrane, ale też w obu rywale trafiali do siatki. Tito Vilanova byłby skończonym głupcem, gdyby po powrocie defensorów do zdrowia posadził na ławce Javiera Mascherano, jedynego w pełni zdrowego i w miarę dobrze dysponowanego stopera. W tym momencie sytuacja jest tak trudna, że trener Barcelony nie ma wyjścia – ustalanie składu zaczyna nie od Messiego, Xaviego czy Alexisa, ale właśnie od „El Jeficito”.
Problemem jest nie tylko obsada środka obrony. Pod nieobecność Pique i Puyola Alex Song został cofnięty na pozycję stopera, przez co Sergio Busquets został jedynym defensywnym pomocnikiem drużyny. Tito stara się rotować, na pivocie ustawia Xaviego, Thiago, nawet Cesca, ale wszyscy wiedzą, że to nie to samo. Gdyby teraz „Busi” złapał kontuzję, Barcelona zostałaby rzucona na kolana. Katalończyk ma żelazne zdrowie, ale nawet takich tytanów czasami dopada jakiś uraz. Co wtedy? Płacz. Krzyki przerażenia. Podcinanie sobie żył. Skakanie do jeziora z kamieniem przywiązanym do nogi?
A to nie koniec. Największy problem Barcelony leży głębiej. Chodzi o szkółkę. Od czasu Puyola nie było obrońcy, który mógłby z drużyny B awansować do pierwszej ekipy. Pique musiał udać się na kilkuletnie wygnanie, by osiągnąć odpowiedni poziom. Botia, który wczoraj w koszulce Sevilli napsuł Katalończykom sporo krwi, również pełnię swoich możliwości ujawnił na wygnaniu. Cała grupa „nowych Puyolów” powoli przestaje być wielkimi talentami, a staje się zawodnikami w klubie niepotrzebnymi. Marc Muniesa ciągle walczy z kontuzjami, ale nawet gdy jest zdrowy, to w Barcelonie nie gra. Carles Planas ma problem z wywalczeniem miejsca nawet w drużynie rezerw. Marc Bartra przed co drugim meczem „Dumy Katalonii” awizowany jest w podstawowym składzie, a potem okazuje się, że ostatecznie siada na trybunach. Jedyny możliwy zmiennik Daniego Alvesa, Martin Montoya, nie dostaje wcale minut. Mecz zza linii bocznej ogląda nawet wtedy, gdy Brazylijczyk kopie się przez 90 minut w czoło (vide: spotkanie z Sevillą). W obronie grającej w Segunda Division Barcelony B pewne miejsce w defensywie ma między innymi 23-letni Cristian Lobato, który ze względów formalnych nie ma szans na debiut w drużynie Tito Vilanovy (gdyby zadebiutował, musiałby za rok podpisać kontrakt z pierwszą drużyną, a to oczywiście nie wchodzi w grę). Zawodnicy tacy jak Espinosa czy Balliu mogą dostawać powołania na mecze pierwszej ekipy, ale ich nie dostają. Są za słabi. Nadzieję można pokładać w ledwie 17-letnim Alejandro Grimaldo, który na prawej obronie wyczynia takie cuda, że niewykluczone, że już za rok, dwa będzie biegał po boiskach La Liga.










