W pierwszych dziesięciu latach XXI wieku Werder Brema był jedną z czołowych drużyn w Bundeslidze. Za sterami Thomasa Schaafa „Zielono-biali” przeżywali swój złoty okres. Obecnie jakbyśmy głośno powiedzieli, że ekipa z Północnych Niemiec ma na swoim koncie cztery krajowe mistrzostwa, to młodsi kibice przecieraliby oczy ze zdziwienia. Jednak i ten klub ma prawa marzyć o powrocie do elity. A wydawało się, że w obecnym sezonie wreszcie uda się po prawie dziesięciu latach wrócić na europejskie areny. Ale wtedy zaczęli „sypać” się zawodnicy.Kiedy jak nie teraz? Takie pytanie mogli skierować do siebie fani „Zielono-białych” przed startem sezonu 2019/2020. W Bundeslidze do europejskich pucharów kwalifikuje się siedem zespołów, z czego czołowa czwórka melduje się od razu w Lidze Mistrzów. Dlaczego Werder Brema nie miałby załapać się do tej siedmiozespołowej grupki? Wiemy dobrze, że Bayern Monachium i Borussia Dortmund są poza zasięgiem. Ale w RB Lipsk doszło do zmiany trenera i może nie od razu wszystko szybko zaskoczy (jak pokazał początek sezonu jednak szybko Nagelsmann zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu), Hoffenheim straciło szkoleniowca i paru ważnych zawodników, Schalke jest kompletną niewiadomą, Eintracht stracił najważniejszych piłkarzy w ofensywie, Wolfsburg, Hertha i BMG pozmieniały też trenerów. Wydawało się, że jest to idealna sytuacja dla ekipy z Północy.
Ale niestety, kiedy wszystko idzie za dobrze, to musi coś się stać nieoczekiwanego. Latem utrzymano główny trzon drużyny, poza Maxem Kruse, który wybrał grę w Fenerbahce. Mądrze też uzupełniono skład i można było realnie myśleć o czołowej siódemce. Mimo wszystkich pozytywnych znaków dyrektor zarządzający ds. sportu Werdera – Frank Baumann – w przedsezonowym wywiadzie dla Weser Kuriera troszkę stonował te zapędy. Oczywiście, dla niego ważną sprawą byłby powrót do europejskich pucharów, ale sam przyznał o liczeniu na szczęście. Na razie ono odwróciło się od bremeńczyków, bo rozegrano dopiero 5. kolejek Bundesligi, a na liście kontuzjowanych pojawiło się aż 12 nazwisk.
Werder Brema zaryzykował
Władzom „Zielono-białych” udało się zatrzymać w klubie większość kluczowych zawodników. Jedynie z Maxem Kruse nie udało się przedłużyć kontraktu. W zasadzie nie sprzedano nikogo, dlatego podjęto ryzyko z zakupem dwóch piłkarzy. Drużynę zasilili Niclas Fuellkrug (6,5 mln euro) oraz Marco Friedl (3,50 mln euro). Poza nimi wypożyczono za gotówkę Omera Topraka, Michaela Langa oraz Leonardo Bittencourta. Tęsknota w Bremie za grą w europejskich pucharach jest już duża. Przed sezonem tak to ujął Frank Baumann: – Po sześciu trudnych latach o wiele odważniej było otwarcie mówić o Europie. Konieczne było jednak podjęcie pewnego ryzyka. Wszystko w celu, aby wyjaśnić, że po prostu nie jesteśmy zadowoleni z przeciętności. Tęsknię za międzynarodowymi meczami w środku tygodnia w Weserstadion.
W pewnym momencie ważne jest, aby zrobić ten następny krok. Na wiele sposobów. Finansowo, ponieważ wiąże się z wyższymi przychodami. Ale także, aby jeszcze bardziej związać niektórych zawodników z Werderem. Gra w europejskich pucharach to dla nich kolejny krok w ich karierze. Ci piłkarze już wzbudzają zainteresowanie innych klubów grających na arenie międzynarodowej.










