Pierwsza kolejka La Liga za nami, teraz czas na pierwszy w tym sezonie hiszpański klasyk. FC Barcelona już jutro podejmie na Camp Nou Real Madryt w pierwszym spotkaniu o krajowy superpuchar. Zwycięzca dwumeczu już na starcie zyska nad rywalem sporą psychologiczną przewagę.
Liczenie, ile Gran Derbi mieliśmy w ostatnim czasie okazję oglądać, jest robotą bardzo żmudną. Zawodnicy z Katalonii spotykali się z graczami z Kastylii absurdalnie często. I w Copa del Rey, i w superpucharze, i w lidze, i w Lidze Mistrzów – wszędzie były te przeklęte Los Clasicos. Każde kolejne starcie było coraz bardziej wyprane z emocji, coraz bardziej czarno-białe, wyblakłe, nudne, przewidywalne… Wszyscy zdążyli zapomnieć o czasach, gdy spotkanie na szczycie poprzedzały dni gorączkowego oczekiwania. Teraz trochę się zmuszamy. Bo trzeba, bo Real, bo Barcelona, bo Messi, bo Ronaldo, bo cholera wie co jeszcze.

Tegoroczny superpuchar nie wzbudza w mediach zbyt wielkiego szumu. „Marca”, jak to „Marca”, poświęciła mu całą okładkę, ale emocji znanej z poprzednich lat nie dało się wyczuć ani grama. Ot, podobizny Tito i Mourinho i nagłówek informujący o tym, że mamy do czynienia z najważniejszym meczem piłkarskiej jesieni w Hiszpanii. „As” również nie silił się na podgrzewanie atmosfery i poinformował nas tylko, że przyjazd Realu do Barcelony sprawi, że Camp Nou zapełni się wreszcie do ostatniego miejsca. Dla Katalończyków z „Mundo Deportivo” i „Sportu” superpuchar tematem w środę nie był wcale. Dziennikarze dwóch poczytnych dzienników sportowych skupiły się na transferze Aleksa Songa. Starcie z Madrytem zostało wciśnięte gdzieś w kąt strony. Taka sytuacja jeszcze parę lat temu byłaby nie do pomyślenia. Ale tempores mutant mores. Czasy są takie, a nie inne, więc i obyczaje muszą się zmienić. Teraz, gdy futbol w Hiszpanii stał się absurdalnie niesprawiedliwym wyścigiem dwóch koni, emocje zeszły na dalszy plan. Jose Mourinho na przedmeczowej konferencji prasowej powiedział, że bez chwili wahania wymieniłby triumf w superpucharze na zwycięstwo w rozgrywkach ligowych. Wiadomo – zagrywka psychologiczna. Ale zagrywka strasznie sprytna, bardzo wygodna. No bo z jednej strony Portugalczyk zdjął z barków swoich chłopców chociaż część presji, a z drugiej zarzucił ciut ciężaru na plecy rywali. Deprecjonowanie to jedna z głównych broni szkoleniowca. Trofea, których jego chłopcy nie wygrywają, nie są ważne. Trofea przez nich wznoszone to wydarzenia ze wszech miar historyczne. Żeby zasiać jeszcze większe ziarno niepewności w głowach rywali, Jose tym swoim beznamiętnym, znudzonym głosem stwierdził, że nie spodziewa się porażki. A potem, jakżeby inaczej, wygłosił krótką laudację na cześć największego rywala. – Dla mnie Barcelona jest Barceloną i kropka. To nie jest Guardiola, to nie jest Vilanova, to Barcelona. To jest ekipa złożona praktycznie z tych samych zawodników co w poprzednich rozgrywkach, drużyna z wypracowanym stylem, który bardzo łatwo może ulec modyfikacji, bo nie ma nawet dwóch graczy o identycznej charakterystyce. Każdego coś wyróżnia. Dla mnie Barcelona zawsze będzie klubem z wielkim potencjałem, z wielkimi zawodnikami i nie sądzę, żeby ekipa, z którą przyjdzie się nam mierzyć, była bardzo różna od tych z przeszłości – powiedział Portugalczyk, wysyłając w świat jasny przekaz: „Walczymy z bardzo mocnym rywalem o trofeum, które nie jest dla nas jakoś szczególnie ważne, ale i tak spodziewamy się wygranej”.











