Po klęsce na Camp Nou Mourinho musiał poszukać zmian. I te oczywiście były, zaskoczyły niejedną osobę, ale efekt zadziwił chyba i samego Mourinho.
Duża część problemów Realu w pierwszym meczu brała się z tego, że w początkowych 45 minutach spotkania pozwolono na zbyt wiele w środku pola. Mourinho nie chciał zmieniać swojej tradycyjnej strategii i narzucić Barcelonie własnego stylu gry. Musiało skończyć się katastrofą.
Zreflektował się dopiero po 45 minutach i wzmocnił środek pola, zmieniając bezproduktywnego i zagubionego przy niesamowitym pressingu Oezila na Diarrę. W tym meczu Francuz nie mógł zagrać, ale szkoleniowiec „Królewskich” postawił na ten sam wariant, do pomocy desygnując Pepe.
Ten rozegrał znakomite spotkanie. Doskonale przesuwał się za akcją, w wielu momentach potrafił się bardzo dobrze ustawić i przerwać (lub przynajmniej spowolnić) akcje Barcelony. Nawet i tiki-taka wymaga odrobiny miejsca, którego, dzięki akcjom reprezentanta Portugalii, często brakowało. W wielu momentach wyglądało, jakby był on zwolniony z działań taktycznych, jemu samemu zaś pozostawiono decydowanie, gdzie konkretnie ma się ustawić. Dlatego też bywały sytuacje, że operował tuż przed obronnym kwartetem, a zdarzały się i momenty, że Xavi czy Iniesta, otrzymujący piłkę w środkowym kole, mieli byłego gracza Porto na plecach. Co ciekawe – rzadko zawodnik Realu schodził na boki – tam podwajaniem zajmowali się głównie Khedira i Alonso.
Skoro mowa o kryciu na bokach, trzeba wspomnieć o przechodzeniu przez „Królewskich” na grę piątką z tyłu dla poszerzenia linii na wejścia Alvesa na skrzydle. Jeden z zawodników Realu (zwykle Alonso, rzadziej Marcelo) schodził bardzo szeroko pod linię, by zablokować ofensywne zapędy obrońcy Katalończyków. Cała zabawa polegała na tym, że nawet wtedy, kiedy pod linię zbiegał skrajny defensor gospodarzy, czwórka obrońców pozostawała na pozostałym obszarze w niezmienionym ustawieniu – o formację do tyłu wycofywał się Alonso. Podkreślało to rolę Pepe jako typowego falochronu. Nawet w sytuacji, kiedy rywale naciskali i przyszło się bronić dwiema liniami, znajdował się on powyżej ostatniej linii.
Na nic to by się zdało jednak, gdyby Barcelona zagrała tak, jak kilka miesięcy temu na Camp Nou. Wtedy był to futbol nie z tej ziemi, teraz „Blaugrana” zagrała spokojniej, ostrożniej, a przy tym już nie aż tak dokładnie. Zagrała bez swojego tradycyjnego polotu i zostawienia mnóstwa zdrowia na boisku, a przy tym, można by powiedzieć, trochę nonszalancko i niechlujnie. Rzadko pokazywała swoją zegarmistrzowską precyzję dograń, rzadko rzucała się do swojego tradycyjnego pressingu, niespecjalnie spieszyła się do przejęcia piłki i wyprowadzenia akcji. Grała swoje na zwolnionych obrotach. Nadal przewaga w posiadaniu futbolówki była ogromna, ale nie przekładała się na skuteczne wyjścia ofensywne. Tradycyjnie szukała szybkich piłek przełamujących defensywę rywala jednym podaniem (co się tradycyjnie udało), ale biegający wszędzie Pepe znacznie tego typu grę utrudniał.
Ciekawostką w grze „Barcy” było rzadko stosowane przez nią w wielu momentach klasyczne 4-3-3. Zwykle u Katalończyków w tym schemacie środkowy napastnik nie jest wykańczającym akcje, a tym bardziej cofniętym. Wczoraj w Madrycie w bardzo wielu momentach Messi był na szpicy. Niemniej jednak największe efekty przynosiły tradycyjne metody – Villa, który znikąd wyskakuje zza linii obrony, wypracowuje karnego i przewagę liczebną. Z drugiej strony Real wiele razy gubił linię spalonego. To oczywiste, że grając z Barceloną, trudno się ustawić właściwie, ale gospodarze w ten sposób sprawy sobie nie ułatwiali.










