Mourinho miał przed tym meczem dwa wyjścia. Kazać Realowi działać po swojemu i tak jak przeciwnik pozwala albo zagrać inaczej i przeszkodzić Barcelonie w jej rozgrywkach. Wybrał to pierwsze i wybrał źle. Katalończycy nie pozwolili Realowi na nic i odnieśli miażdżące zwycięstwo.
Real zaczął swoim tradycyjnym 4-2-3-1. Za zabezpieczenie tyłów odpowiadali więc Alonso i Khedira, za rozegranie Oezil. I cała trójka zawiodła. Defensywni pomocnicy nie byli w stanie odpowiednio zabezpieczyć środka boiska, gdzie niepodzielnie panowała „Barca”. Miało to swoje odbicie zarówno w statystyce posiadania piłki, której „Królewscy” nie byli w stanie odebrać, jak i ilości dograń na wolne pole, które nie napotykały na znaczne utrudnienia. Obaj zawodnicy grali bardzo głęboko (momentami jeden z nich wręcz w linii z obroną), co sprawiało, że Barcelona nie miała problemów z przedzieraniem się na trzydziesty metr od bramki Casillasa. Ale nawet i tam goście byli atakowani niemrawo, próby odbioru były raczej atakami indywidualnymi i często kończyły się niepowodzeniem. Zupełnie inaczej wyglądało to po drugiej stronie boiska, gdzie atakujący Realu byli natychmiast podwajani. Przewaga ta brała się także z tego, że „Duma Katalonii” atakowała dużo większymi siłami niż przyjezdni. Mało widoczny był Benzema, Oezil schowany głęboko w polu i natychmiast przy kontakcie z piłką podwajany nie był w stanie uruchamiać jedynego napastnika. Największe zagrożenie w takiej sytuacji stwarzał Ronaldo, ale i on musiał polegać na własnych umiejętnościach, a nie na wsparciu partnerów.
Na tym polu „Barca” zdominowała Real. Niesamowita ruchliwość i wybieganie graczy gospodarzy sprawiały, że zawodnicy Realu po prostu za nimi nie nadążali. I chodzi to zarówno o krótkie podania, kiedy ruch zawodnika bez piłki obejmował pół metra, i o takie kilkunastometrowe, gdzie jednym przerzutem udawało się gubić krycie. Poszczególni piłkarze Barcelony doskonale się rozumieją, są w stanie przewidzieć ruch partnera, a przy tym nie brakuje im umiejętności, by opanować trudniejsze zagrania, konieczne, by wyprowadzić w pole rywala. O ile tym ostatnim Real zapewne też dysponuje, tak nadal jeszcze jest to w dużej mierze drużyna oparta na indywidualnościach, zaś budowanie kolektywu dopiero trwa.
Mourinho teoretycznie zdecydował się przed meczem na otwartą walkę (wskazuje na to obecność Oezila) z lekką nutką szaleństwa w postaci bardzo mocno zastosowanego odwrócenia skrzydeł. Początkowo Ronaldo rzadko pojawiał się na swoim domyślnym lewym skrzydle, z biegiem meczu w tej kwestii zapanowała pewna dowolność. Nie miało to jednak większego znaczenia. Real nie był w stanie wytrzymać pressingu Barcelony i rozgrywanie akcji ograniczało się do pojedynczych szarpnięć.
Trener Galacticos próbował z tego wybrnąć. Za Oezila wpuścił Diarrę i zagrał na trójkę defensywnych pomocników. Nie miało to skutków ani pozytywnych w destrukcji (Barcelona nadal szybkimi i nieschematycznymi wymianami piłek była w stanie mijać środek pola Realu i korzystając z miejsca grać prostopadłe piłki) ani negatywnych w ataku („Królewscy” grali tak samo bezradnie z przodu). Kluczem do klęski Realu była znikoma zdolność do zawężania pola gry w środku i pozwolenie rozgrywającym piłkę Katalończykom na zbyt wiele oraz słaba asekuracja w defensywie. Obrońcy Realu marnie ze sobą współpracowali, źle ustawiając się względem siebie przy spalonych, zaś przy szybkich akcjach „Barcy” wystarczyło jedno minięcie zwodem, by ustawienie defensywne gości się posypało i stworzyła się luka w kryciu.










