Dziś, jak każdego 1 listopada, cała Polska pogrąży się w zadumie. Wszystkich Świętych to czas, w którym wspominamy naszych najbliższych, których niestety nie ma już z nami. Z okazji tego święta chcemy wspomnieć o zawodnikach, którzy dokonali swojego żywota w sposób niezwykle symboliczny – na boisku, na oczach dziesiątek tysięcy kibiców. Ci piłkarze pokochali futbol i oddali mu wszystko – nawet życie.
Bill Shankly powiedział kiedyś, że futbol to nie jest sprawa życia i śmierci, ponieważ futbol to coś zdecydowanie ważniejszego. Nie mogę zgodzić się z tymi słowami. Ilekroć dochodzi do jakiegoś strasznego zdarzenia, uświadamiam sobie, że to życie jest najcenniejszą wartością, przy której futbol jawi się jako zupełnie nieistotna rzecz.
Niestety, wielkich tragedii było w piłce nożnej naprawdę sporo. Za przykład mogą posłużyć katastrofy lotnicze takie jak te, które spotkały Torino, Manchester United, reprezentację Zambii czy Emiliano Salę. Piłkarze ginęli też po wypadkach samochodowych (Scirea, Malanda, Reyes) czy wskutek choroby (Nowak, Ricksen). Nie sposób szczegółowo opisać tych wszystkich przypadków, bo ten tekst byłby nieprawdopodobnie długi. W związku z tym w niniejszym artykule skupię się na najgłośniejszych przypadkach kiedy piłkarze umierali na boisku.
W pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku doszło do trzech bardzo głośnych tragedii w świecie piłki nożnej. Trójka naprawdę dobrych zawodników umierała na naszych oczach. Przyczyny były podobne – niewykryte wcześniej problemy z sercem. Wszyscy wtedy zadawali sobie pytanie: „Jak to możliwe, że tacy piłkarze, regularnie badani przez wielu klubowych lekarzy, mogli mieć problemy z sercem, których nikt wcześniej nie wykrył?”. Naprawdę nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.
Pomoc przyszła za późno
Chronologicznie pierwszą z trzech tragedii, o których chcę opowiedzieć, była śmierć Marca-Viviena Foe. Kameruńczyk był ważnym zawodnikiem dla swojej reprezentacji i niezwykle szanowanym piłkarzem we Francji. W 1994 roku trafił do RC Lens. Szybko wywalczył tam sobie miejsce w pierwszej jedenastce i stał się ulubieńcem kibiców.
Sezon 1997/1998 był dla Foe słodko-gorzki. Po dramatycznym boju wywalczył z Lens pierwszy, i jak na razie jedyny w historii tego klubu, mistrzowski tytuł. Klub z północnej Francji wyprzedził drugie FC Metz jedynie lepszym bilansem bramkowym. Do tego Lens awansowało do finału Pucharu Francji, gdzie ulegli 2:1 ekipie Paris Saint-Germain.
Kameruński pomocnik zdecydowanie przyczynił się do tych sukcesów, ale kontuzja, której doznał (złamana noga) sprawiła, że nie pojechał na mundial w 1998 roku, a koło nosa przeszedł mu też transfer do Manchesteru United, który był nim wówczas bardzo zainteresowany. Jednak Foe pozbierał się po tym. Rok później trafił do Anglii. Jednakże nie podpisał kontraktu z „Czerwonymi Diabłami”, a z West Hamem United. Barwy „Młotów” reprezentował przez półtora sezonu. Spisywał się na tyle dobrze, że wrócił do Francji i został piłkarzem Olympique Lyon.
W Lyonie dołożył kolejne mistrzostwo. W sezonie 2001/2002 Olympique Lyon z Foe w składzie wyprzedził o dwa punkty RC Lens – były klub Kameruńczyka. Po mistrzowskiej kampanii Foe w poszukiwaniu regularnej gry udał się na wypożyczenie do Manchesteru City. To był jego ostatni sezon w klubowej piłce.











