Zarabianie pieniędzy najczęściej wymaga myślenia. Ich wydawanie nie ma takich ograniczeń. Świetnym przykładem są zakupy dokonane w ostatnich latach przez Chelsea Londyn. Od przejęcia „The Blues” przez Romana Abramowicza przewinęło się przez ten klub sporo nazwisk. Milionów funtów wydanych na zawodników było jeszcze więcej. Ile w tych zakupach było sensu i logiki? Skupmy się tylko na napastnikach, bo to chyba najbardziej reprezentatywny przykład.
Zaczęło się od ogromnych zakupów w 2003 roku. Sprowadzono wtedy między innymi dwudziestoośmioletniego Hernana Crespo i młodszego o cztery lata Adriana Mutu. Obu ściągnięto z ligi włoskiej. Obaj niestety się nie zaaklimatyzowali. O ile Crespo jeszcze zdarzało się trafiać do siatki rywali, o tyle Mutu okazał się całkowitą pomyłką. Sześć bramek ligowych za 20 milionów euro to wysoka cena. Szczególnie przy liczbie afer, które przy okazji swojego pobytu zdążył wywołać.
Stwierdzono, że kierunek włoski jest spalony. Crespo wypożyczono do Milanu, a na jego miejsce sprowadzono Didiera Drogbę. To chyba najlepszy zakup napastnika w erze Abramowicza. Może w pierwszych sezonach nie błyszczał w statystykach, ale ilość wykonywanej przez niego pracy została doceniona przez fachowców i kibiców londyńskiego klubu. Przełożyło się to także na wyniki. Pierwsze dwa sezony to dwa mistrzostwa Anglii. Silny, potrafiący twardo stać na nogach i walczyć i do tego przydatny w ataku pozycyjnym reprezentant WKS był siłą ofensywy Chelsea.

Mimo wszystko postanowiono sprowadzić mu poważnego konkurenta. Andriej Szewczenko to jeden z najbardziej nietrafionych transferów w historii piłki nożnej. Choć teoretycznie zakup bardzo logiczny: piłkarz w idealnym wieku, nieschodzący poniżej wysokiego poziomu, ze świetnymi statystykami. Niestety i tym razem włoski kierunek okazał się złym wyborem. Nieliczne bramki przez niego strzelone kosztowały dużo więcej niż te Adriana Mutu. Oczywiście przeszkodziły kontuzje, ale także chyba brak woli walki u „Szewy” oraz całkowita odmienność piłki angielskiej i włoskiej.
Następnym razem, wydając ogromne pieniądze na napastnika, postarano się więc zminimalizować ryzyko związane ze zmianą ligi i w ostatnim dniu okienka transferowego, w styczniu 2011, kupiono z Liverpoolu Fernando Torresa. Szalony dzień w historii angielskich transferów. Jednak i regularny do tej pory Torres nie udźwignął brzemienia oczekiwań. Nie zagrał w Londynie choćby jednego dobrego sezonu. Przez lata będzie symbolem porażki dla kibiców „The Blues”. A ten strzał będzie śnił im się nocami…












