Ostatnia kolejka La Liga potwierdziła olbrzymi potencjał Realu. Pod czujnym okiem Mourinho w Madrycie rośnie potężna drużyna. A co poza tym? Barcelona wygrała w szlagierze, Valencia straciła tytuł lidera, a Villarreal szansę na przewodnictwo w tabeli.
Madrycka ekipa totalna
Trudno powiedzieć, jak duża w tym zasługa Jose Mourinho, ale Real Madryt na tym etapie rozgrywek może poszczycić się imponującymi statystykami. „Królewscy” są liderem tabeli, strzelili najwięcej goli i najmniej ich stracili. W swoich szeregach mają dwóch z trzech czołowych strzelców ligi. Iker Casillas jest najrzadziej interweniującym bramkarzem (23 interwencje w siedmiu meczach to niesamowicie mało, zwłaszcza patrząc na 63 parady Davida de Gei). Najczęściej na bramkę strzela Cristiano Ronaldo i robi to niemal dwa razy częściej niż drugi w klasyfikacji „El Guaje” Villa. Piłkarze z Madrytu mogą poszczycić się największą liczbą asyst w lidze. Najczęściej odbierają też rywalom piłkę. Na razie maszynka Jose M. działa bez zarzutu, jeśli poradzi sobie również z silniejszymi rywalami, zasadne stanie się pytanie, czy da się ją w ogóle zatrzymać.

Jeszcze w materii statystyk. Serwis „Defensa Central” zwrócił uwagę na niesamowite wyniki ofensywnego duetu Realu. Cristiano Ronaldo strzelił pięć (sześć, jeśli uwierzymy madryckiej prasie) i miał jak dotąd pięć asyst. Gonzalo Higuain trafił czterokrotnie, a podawał trzy razy. Biorąc pod uwagę niemrawe pierwsze mecze obu panów, statystyki są co najmniej imponujące.
W Barcelonie wreszcie wesoło
W poprzednim sezonie Camp Nou było twierdzą nie do zdobycia. Teraz każdy mecz to dramat. Przegrana z beniaminkiem, remis z jednym średniakiem, wymęczone zwycięstwo z drugim. Przyjazd rozpędzonej Valencii miał być testem ostatecznym. Czy Barcelona nie straciła swojej mocy, czy nadal jest faworytem do obrony tytułu. Teraz mamy odpowiedzi. Barcelona część mocy straciła, ale faworytem pozostaje. Po pierwszej połowie w stolicy Katalonii było bardzo cicho. Koszmarna gra niemal każdej formacji połączona ze spokojem podopiecznych Unaia Emery’ego przyniosła skutek. Na drugą połowę Barcelona wyszła wreszcie zmotywowana i wyrwała zwycięstwo. Zawiedli szeregowi, więc sprawę w swoje ręce wziął generał.
Wielki zastrzyk pozytywnej energii, wreszcie odrobina spokoju i chwilowe uciszenie krytyków – oto grali chłopcy Guardioli i to ugrali. Mimo że forma Villi nie zachwyca, Messi chwilowo stracił moc, a obrona na czele z Valdesem prezentuje się gorzej niż zwykle, w Katalonii jest wesoło. Wygrali jeden z najważniejszych meczów w sezonie. Pokazali charakter, odrobili straty i wreszcie sami poczuli, że mogą bez lęku iść ku kolejnym triumfom.











