Pochodzi z Białegostoku – miasta, z którego w świat wyjechali m.in. Marek Citko czy Tomasz Frankowski. Ma więc dobry przykład, jak zrobić dużą karierę w futbolu. Żeby jednak tego dokonać, musi ciężko pracować i przezwyciężyć przeciwności losu, które go nie omijają. Jednak bohater niniejszego tekstu, Tomasz Porębski, ma nie tylko umiejętności, ale też charakter, który pozwala wierzyć, że mamy do czynienia z przyszłą gwiazdą. Jego historia jak do tej pory jest krótka, ale niezwykle interesująca.
Tomasz Porębski w zeszłym sezonie przebojem wdarł się do pierwszego składu Jagiellonii Białystok. Jego debiut przypadł na 28 sierpnia 2011 roku. Wówczas trener Czesław Michniewicz dość niespodziewanie postawił na młodziana od pierwszej minuty w spotkaniu z Ruchem Chorzów. W oczach szkoleniowca nie wypadł chyba najlepiej, bo ten ponownie sięgnął po niego dopiero w meczu 11. kolejki z PGE GKS-em Bełchatów, i to wyłącznie na kilka ostatnich sekund. Zwrot akcji nastąpił w listopadzie. Wówczas Porębski rozegrał całe starcia z Legią Warszawa i Śląskiem Wrocław. Choć „Jaga” zdobyła w tych pojedynkach zaledwie jeden punkt, to młody obrońca pokazał się z dobrej strony, dzięki czemu zagościł na dłużej w pierwszym składzie. Szczególnie miło zawodnik wspomina mecz z warszawską drużyną, w którym defensywa nie pozwoliła rywalom na zbyt wiele. – Nie byłem zaskoczony, że trener dziś na mnie postawił, chociaż dowiedziałem się o tym dopiero dzisiaj na przedmeczowej odprawie. Jednak od początku tygodnia to przeczuwałem, gdyż na treningach byłem ustawiany obok Thiago Cionka. Cieszę się, że dostałem kolejną szansę, którą – jak mi się wydaje – wykorzystałem – mówił szczęśliwy Porębski.

Kariera nabrała rozpędu. Piłkarz dobrze się spisywał podczas przygotowań, więc siłą rzeczy spodziewał się, że trener znów na niego postawi. Nie pomylił się, choć musiał na treningach udowodnić, że jest gotowy do gry. Tym razem musiał przekonać nowego opiekuna Jagiellonii, Tomasza Hajtę, który jest człowiekiem wymagającym. Udało się. Porębski zaczął regularnie występować w pierwszym składzie. 19-letni wówczas obrońca szybko doczekał się też pierwszej bramki. Ten moment nadszedł 2 kwietnia 2012 roku w meczu z Zagłębiem Lubin. Porębski był zadowolony z gola, lecz radość była tylko połowiczna, bo jego zespół nie zdobył ani jednego punktu. – Cieszę się z pierwszej strzelonej bramki w ekstraklasie, ale większej radości nie mam, ponieważ mecz przegraliśmy. Do tego otrzymałem żółtą kartkę, która według mnie była niesłuszna, trafiłem w piłkę tak jak Woźniak, a do tego był to mój pierwszy faul w spotkaniu i wydarzyło się to w 90. minucie. Szkoda, bo nie zagram w najbliższym meczu z Wisłą.
Końcówka w wykonaniu Porębskiego była imponująca. Zawodnik grał regularnie w pierwszym składzie, a Tomasz Hajto nie widział potrzeby zdejmowania go z boiska przed końcem spotkania. Tomek w mgnieniu oka złapał byka za rogi i stał się nadzieją polskiej piłki. Nadszedł jego moment, lecz po chwili fortuna się od niego odwróciła.
Przygotowania do nowego sezonu szły zgodnie z planem. Bohater tekstu pod okiem byłego wielokrotnego obrońcy reprezentacji Polski stawał się coraz bardziej dojrzałym piłkarzem. 4 sierpnia urodzony w Białymstoku gracz wziął udział w rozegranym awansem meczu 14. kolejki Młodej Ekstraklasy. Rywalem ekipy z Podlasia był PGE GKS Bełchatów. Białostoczanie zwyciężyli 1:0 po golu Adama Dźwigały, lecz zwycięstwo zostało okupione wielką stratą. Otóż w 53. minucie Porębski starł się z bramkarzem rywali, po czym został odwieziony do szpitala przez karetkę pogotowia. – Bardzo szkoda Tomka, bo rozgrywał naprawdę rewelacyjne zawody. Grał pewnie, miał wyczucie dystansu, przecinał podania, wygrywał pojedynki główkowe, a nawet rozgrywał piłkę. Był naprawdę jedną z pierwszoplanowych postaci – mówił po spotkaniu trener drużyny ME, Samuel Tomar. Piłkarza próbowano szybko postawić na nogi, więc wsadzono go w gips, a nawet zastosowano zabieg z… pijawkami. – Dziwne to trochę – Jarek Ołdakowski [fizjoterapeuta Jagiellonii – przyp. red.] przykleił mi osiem pijawek i przez 45 minut wysysały ze mnie to, co niedobre. Czułem jakieś ukłucia, ale nie było to nic strasznego.

Pijawki nie pomogły, Porębski miał pauzować od sześciu do ośmiu tygodni, minęły już cztery miesiące, a on wciąż walczy o powrót na boisko. Gracz nie ma więc możliwości udowodnić, że udany sezon nie był tylko dziełem przypadku. Jego talent doceniły jednak władze klubu, oferując nowy pięcioletni kontrakt mimo przedłużającej się rekonwalescencji. Młody wilk był nieco zaskoczony, ale jak sam twierdzi, było to bardzo przyjemne zaskoczenie. – Było mi bardzo miło, kiedy usłyszałem od prezesów słowa otuchy oraz to, że we mnie wierzą, i dlatego przedłużają kontrakt. Cieszę się, że przez kolejne lata będę mógł reprezentować barwy Jagiellonii. Doceniam również to, że włodarze znaleźli dla mnie bardzo dobrą klinikę, dzięki której szybciej wrócę do zdrowia. To bardzo ważne. Teraz za to zaufanie będę chciał się im odwdzięczyć na boisku.
Skąd takie zaufanie? Przecież kluby rzadko decydują się na przedłużenie umowy z kontuzjowanym piłkarzem, a pięcioletni kontrakt jest wydarzeniem bezprecedensowym. Jednak zarówno władze „Jagi”, jak i sztab szkoleniowy są zdania, że Porębski ma przed sobą świetlaną przyszłość. Ktoś, kto obejrzy mecz z jego udziałem, nie wiedząc, ile nasz bohater ma lat, powie, że ma do czynienia ze starym wyjadaczem. Zresztą wystarczy spojrzeć na mierzącego 195 centymetrów wzrostu atletę, by stwierdzić, że został on stworzony do wielkich rzeczy. Zawodnik już przeszedł operację, która okazała się niezbędna. – Od operacji minęły dwa tygodnie. Co prawda lekka poprawa jest, ale jeszcze pozostaję w domu. Obecnie nie mogę stąpać całym ciężarem na tę stopę, ponieważ jest strasznie spuchnięta. W poniedziałek dopiero zdjęto mi szwy, tak że wszystko na razie odbywa się spokojnie – mówi Porębski. – Czekam teraz na informację odnośnie do rehabilitacji, ale doktorzy powiedzieli, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, to treningi z drużyną będę mógł zacząć od styczniowego okresu przygotowawczego, więc jeszcze wiele czasu i nie jest za wesoło, ale już się z tym pogodziłem. Nie było łatwo, bo była szansa na grę. Teraz już tylko czekam na rehabilitację, żeby sprawnie ją przejść i ruszyć z treningami.
Wygląda na to, że młody obrońca będzie mógł wrócić na boisko dopiero w styczniu. Jeśli dobrze przepracuje okres przygotowawczy, a urazy nie będą go prześladować, to szybko powinien wrócić do pierwszego składu Jagiellonii Białystok. A jeśli tego dokona, to kto wie, może lada chwila do Wszołka i Milika dołączy kolejny młodzian, który znajdzie się w orbicie zainteresowań Waldemara Fornalika. Gdyby nie kontuzja, to być może Porębski znalazłby się w kadrze na RPA, bo środkowych obrońców o takim potencjale można w Polsce szukać ze świecą. Kibicujemy więc młodemu wilkowi z Białegostoku, bo zalicza się on do talentów godnych reprezentacji Polski.
Artykuł ukazał się też w magazynie „Futbolmag”.