W spotkaniach, które zostały rozegrane o 15:00, faworyci nie zawiedli. Milan pewnie pokonał Cesenę, natomiast Roma ograła Parmę. W Novarze padł remis. Na dodatek Chievo zwyciężyło na wyjeździe Genoę.
Cesena – Milan
Spośród czterech rozgrywanych o 15:00 spotkań to właśnie wyżej wymienione rozpoczęło się najciekawiej. Znakomitą sytuację w czwartej minucie zmarnował jednak wypożyczony Sulley Muntari. Milan dalej trwał w natarciu. Znakomicie strzelał Robinho, którego uderzenie obronił bramkarz. Już minutę później sam na sam z golkiperem znalazł się Ambrosini. Cesena nawet nie próbowała się odgryzać. Cofnęła się i czekała na kolejne ataki przyjezdnych. A te następowały co chwila. Taka obrona na dłuższą metę nie wróżyła niczego dobrego. I tak też się stało. W 29. minucie po nieoczekiwanym strzale z rzutu wolnego Thiago Silvy bramkarz wypuścił piłkę z rąk. Dobitkę wykorzystał debiutujący dziś Muntari. Cesena nie zdążyła jeszcze dobrze rozpocząć, a Milan prowadził już 2:0. Robinho, który ostatnio strzela jak na zawołanie, dostał świetną piłkę od Maxi Lopeza i huknął nie do obrony.

Goście nie zwalniali tempa. Cesena nic sobie także nie robiła z dwubramkowej straty. Jakby była już pogodzona z wynikiem i nie chciała tylko przegrać wyżej. Mistrzowie Włoch grali jak z nut. Podawali sobie z taką precyzją i szybkością, jakby obok nie było żadnych rywali. Lecz po tym, jak 4:0 rozbili oni Arsenal, można było się dziś spodziewać znakomitego spotkania. Widać, że w najważniejszym momencie sezonu kluczowi zawodnicy złapali wysoką formę. Poza tym, znakomite transfery uzupełniające, takie jak Maxi Lopez czy Muntari, świadczą o ogromnej sile zespołu. Kiedy wszyscy kontuzjowani wrócą do formy, Milan może być jednym z groźniejszych zespołów w Europie.
Tymczasem na Cesenę wystarczał niepełny Milan. Dlatego też po pierwszej połowie mecz był praktycznie zakończony. Chyba innego zdania był Adrian Mutu. Była gwiazda Chelsea czy też Parmy chciała zaskoczyć pewnych siebie obrońców Milanu. Od pierwszego gwizdka Rumun starał się, jak mógł. Jakby trener tchnął w niego nowego ducha. To pobudziło również jego kolegów i mecz zrobił się nieco ciekawszy. Gdyby Vincenzo Iaquinta trafił w piłkę w 50. minucie, gospodarze mogliby nawet zdobyć ważną kontaktową bramkę.
A jak mówi stare przysłowie, niewykorzystane sytuacje się mszczą. Robinho nie zwykł marnować takich podań, jakie dostał od Abate w 55. minucie meczu. Strzelił pewnie, nie zostawiając bramkarzowi najmniejszych szans. Pozbawił także nadziei na korzystny rezultat graczy Ceseny. Jedyne, o co walczyli, to gol dla licznie zgromadzonej publiczności.
To im się w końcu udało. W 65. minucie mieliśmy kolejnego debiutanckiego gola. Tym razem w rolę Muntariego wcielił się Daniel Pudil. I po tej bramce od razu widać było jeszcze większą wolę walki na twarzach miejscowych piłkarzy. To niestety przerodziło się szybko w agresję i żółte kartki. Ale trudno jest odebrać futbolówkę tak świetne wyszkolonym zawodnikom, jakimi niewątpliwie dysponuje Milan.
Gdy to już się im udało, sprawiali spore zagrożenie pod bramką Abbiatiego. Jak po rzucie wolnym, gdy w poprzeczkę trafił Iaquinta. Milan mógł ich też za to szybko skarcić, ale pojedynku jeden na jeden z Antoniolim nie wygrał El Shaaravy. Mogło to być wejście smoka, ponieważ młodzian chwilę wcześniej zmienił Robinho. Co tu dużo mówić, Brazylijczyk z pewnością by tego nie zmarnował. Cesena nie poddawała się jednak. Iaquinta starał się, jak mógł, żeby zdobyć gola, ale Abbiati był na posterunku. Nic nie było w stanie go zaskoczyć, gdy był dobrze ustawiony. Chyba że tak jak przy bramce tor lotu zasłoniliby mu obrońcy. W innym wypadku akcje gospodarzy zatrzymywały się na golkiperze gości.
W doliczonym czasie gry byliśmy świadkami zmiany historycznej. Wiekowej. Na plac boju na Maxi Lopeza wprowadzony został Inzaghi. Nie został on zgłoszony do Ligi Mistrzów, więc jego jedyną szansą na grę jest rodzima liga. Tutaj także nie powinien jednak dostać zbyt wielu okazji. Co uświadamia nam, jak ten czas szybko leci i jak stary już jest Filippo. To było jedyne ciekawe wydarzenie ostatnich minut. Na więcej Milan już Cesenie nie pozwolił i skończyło się na 3:1. Goście wracają na fotel lidera, ale trzeba zauważyć, że drugi Juventus ma rozegrany jeden mecz mniej. Za tydzień szlagier. Milan – Juventus. Trzymajcie się swoich siedzeń, będzie się działo.
Novara – Atalanta
Goście od początku rzucili się do ataku. Dobre okazje marnowali jednak Cigarini i Bellini. Novara próbowała się odgryzać, ale Simone Pesce spudłował. Od tego momentu to gospodarze przejęli inicjatywę. Oni częściej znajdowali się pod bramką rywali. Mieli swoje okazje po stałych fragmentach gry, jednak ich strzały zazwyczaj mijały słupek. Do końca pierwszej połowy wiele takich pudeł zanotowały oba zespoły. Golkiperzy byli praktycznie bezrobotni. Jedyne, w czym musieli się sprawdzić, to wykopy piłki od bramki.
W 44. minucie kolejną swoją szansę miał Pesce, lecz podobnie jak wcześniej przestrzelił. Tuż po jego pudle sędzia zakończył pierwszą połowę. Novara dalej atakowało, po wznowieniu. Widać, że od zwycięstwa z Interem jej piłkarze bardziej w siebie uwierzyli. Niesieni dopingiem fanów oblegali wręcz bramkę Atalanty. Choć trzeba przyznać, że oblężenie to za duże słowo. Sił starczyło im tylko na kilkanaście minut. Później tempo spotkania znowu opadło, sędzia musiał także kilka razy przerywać mecz z powodu kontuzji.
Pod koniec spotkania do głosu doszli także goście. Próbowali Brighi, Carozza i Schelotto, ale to za mało, by pokonać dziś któregoś z golkiperów. Mecz zakończył się podziałem punktów, co można uznać za sprawiedliwe z uwagi na małą ilość dogodnych sytuacji z obu stron. Z pewnością bardziej z punktu cieszą się goście.
Roma – Parma

Parma także szybko zaczęła atak. Sebastian Giovinco jednak zmarnował już w 3. minucie fantastyczną okazję. Lecz to był tylko taki jednorazowy zryw. Później nastąpiło uspokojenie gry. Sędzia musiał co chwila przerywać grę z powodu kontuzji. Roma jednak szybciej otrząsnęła się po tych niespodziewanych urazach. Znakomitą piłkę do Boriniego zagrał Gago i gospodarze wyszli na prowadzenie. Tuż po bramce mieli kolejną okazję, lecz tym razem Rosi spudłował. Warto spojrzeć na jedną ciekawą statystykę. Prowadząc 1:0 Roma nie przegrała jeszcze u siebie w tym sezonie.
Parma nie wyglądała też na zespół, który byłby w stanie przerwać tę znakomitą passę. To bowiem rzymianie byli bliżsi do zmiany wyniku spotkania. Swoje okazje miał rozgrywający Miralem Pjanić. Jednak na więcej oba zespoły musiały poczekać do początku drugiej odsłony.
W tej nie zmieniło się prawie nic. Roma dalej była stroną przeważającą. Szczególnie aktywny był Pablo Osvaldo. Oprócz niego trudno znaleźć jakieś plusy w czasie 25 minut. Kibice na Stadio Olimpico mogli spokojnie udać się na poobiednią drzemkę, gdyż zawodnicy obu drużyn nie rozpieszczali ich swoją grą. Z rzadka próbowała Parma, ale były to ataki zbyt nieprzemyślane i bez zaangażowania większej liczby piłkarzy. Tak nie można było zdobyć gola przeciwko Romie.
A jak się nie chce gola strzelić, to można go łatwo stracić. Podobnego zdania był Luis Enrique, który za Osvaldo wprowadził Erica Lamele. I już po chwili zmiennik podał do Rosiego. Niestety, ten minimalnie się pomylił i kibice na stadionie w Rzymie zawyli z rozpaczy. W końcowym rezultacie byli oni jednak zadowoleni, wszak to Roma wygrała. Utrzymała do końca jednobramkową zaliczkę, a bohaterem został oczywiście strzelec, Fabio Borini.
Genoa – Chievo
Oba zespoły od początku nie kwapiły się do jakiegoś totalnego oblężenia. Walka toczyła się raczej w środku pola. Z rzadka wykonywano jakieś rzuty rożne. Taki stan rzeczy utrzymywał się do 30. minuty. Wtedy to Chievo przycisnęło. Groźniej zaatakowało. No i zdobyło też bramkę. Wynik otworzył Cyril Thereau.
Chievo dalej atakowało, lecz trochę bojaźliwie. Jakby bało się kontry ze strony gospodarzy. Strzelał zdobywca gola, Thereau, ale obok bramki. Genoa jedyne czym zagrażała gościom, to rzutami rożnymi. Jednak nie zawsze można wykorzystać stałe fragmenty. Trzeba też dodać coś od siebie, żeby zdobyć bramkę. Inaczej po 45 minutach przegrywa się 0:1, a u siebie to nie jest powód do dumy.
Na dodatek Chievo to nie jest zespół, który wypuszcza z rąk cenne punkty. Gracze z Werony prowadząc 1:0 na wyjeździe, w tym sezonie jeszcze nie przegrali. Bosko Janković był innego zdania. On jako jeden z nielicznych pragnął zwycięstwa gospodarzy. Gdyby tylko jeszcze celnie przymierzył przy jednej ze swoich szans, może jego życzenie by się spełniło.
A tak dalej jego zespół przegrywał na swoim stadionie. Choć trzeba przyznać, że do remisu momentami brakowało im naprawdę centymetrów. Jak chociażby przy strzale Ze Eduardo. I taki stan rzeczy utrzymał się już do końca, mimo zawziętych ataków gospodarzy. Nie zdołali oni przerwać passy Chievo ani zdobyć chociażby jednego gola przed swoją publicznością.
Drugą bramkę strzelił Urby Emanuelson a nie
Robinho.