Dzisiejszy pojedynek na Bułgarskiej budził sporo emocji. I Raków, i Lech w ostatnich tygodniach zawodzili. Mimo że w poprzedniej ligowej kolejce odnieśli zwycięstwo, to swoją grą nie przekonywali. Rywalizacja w Pucharze Polski wkroczyła w decydującą fazę. Gospodarze i goście chcieli to spotkanie wygrać i być jeden mecz od wielkiego finału. Zwycięzca mógł być jednak tylko jeden i to Raków zagra w półfinale.
Starcie ekipy trenera Żurawia i trenera Papszuna miało być ozdobą wtorkowego wieczoru z Pucharem Polski. Czy piłkarze sprostali temu zadaniu?
Ważny gość
Kilku zawodników z obu zespołów mogło czuć dziś pewien dodatkowy wzrok na plecach. Spotkanie z trybun oglądał obecny selekcjoner reprezentacji Polski, Paulo Sousa. Miał wypatrywać potencjalnych kandydatów do kadry. Spekulowało się, że chciał obserwować choćby Kamila Piątkowskiego z Rakowa oraz Jakuba Kamińskiego z Lecha. Ten pierwszy to na razie filar młodzieżówki, ale w niedalekiej przyszłości może zawitać w dorosłej drużynie. Jeśli Sousa zdecyduje się na grę trójką obrońców, to Piątkowski może być w ścisłym kręgu kandydatów. A i w ustawieniu z czwórką z tyłu młody obrońca też się odnajdzie. Z kolei Kamiński już wcześniej, jeszcze za czasów trenera Brzęczka, dostał powołanie. Niestety wtedy kontuzja przeszkodziła mu w spełnieniu tego marzenia.
Na pewno nie tylko ci dwaj dżentelmeni mogą przykuć czujne oko Portugalczyka. To świetna okazja dla każdego Polaka, aby pokazać się z jak najlepszej strony i dać o sobie znać selekcjonerowi. Jego obecność mogła wpłynąć na rangę widowiska i mobilizująco podziałać na zawodników.
Brak konkretów przez 45 minut
Od początku spotkania było widać, że oba zespoły tanio skóry nie sprzedadzą. Wyszli w swoich najmocniejszych składach. Zagrozić bramce Filipa Bednarka starali się częstochowianie, którzy próbowali posyłać w pole karne Lecha prostopadłe podania. Gracze „Kolejorza” szybkimi wyprowadzeniami piłki chcieli jak najszybciej przedostać się na połowę gości i oddalić zagrożenie od własnej bramki. Raz piłka po strzale Tiby minęła o centymetry słupek bramki strzeżonej przez Dominika Holca. Innym razem to bramkarz Rakowa uchronił swój zespół od straty gola, gdy z główki strzelał Sykora. Po obu stronach ogólnie zdarzało się dużo niedokładności i nerwowości. Owocowało to stratą futbolówki i przejęciem jej przez przeciwników, którzy próbowali kreować groźne akcje. Nic więcej z tego nie wynikało.










