W Lizbonie na Estadio Jose Alvalade miejscowy Sporting podejmował lidera tabeli, FC Porto. Dla obu zespołów zwycięstwo w tym prestiżowym pojedynku oznaczało krok ku realizacji postawionych wcześniej celów.
Sporting Lizbona, mimo fantastycznych zawodników w składzie, nie spełnia pokładanych oczekiwań. Po 11. kolejka piłkarze z Lizbony zajmowali dopiero czwarte miejsce, mając na koncie tylko 18 oczek. Sobotni mecz z Porto miał być momentem odrodzenia, dzięki któremu na zakończenie sezonu Sporting miał znajdować się na czele tabeli. By zrealizować ten cel gospodarze musieli pokonać FC Porto. „Smok” od początku sezonu prezentują się fantastycznie i nikomu nie udało się jeszcze pokonać podopiecznych Andre Villasa.
Wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego do ataku ruszyli gospodarze, którzy zakładali, że szybko zdobyta bramka wytrąci rywala z rytmu i dzięki temu łatwiej będzie zdobyć trzy punkty. Założenia te częściowo się sprawdziły, gdyż w 38. minucie Heltona pokonał Jaime Valdes Zapata. Reprezentant Chile dał swoim kibicom wiele radości, jednak strata bramki dodatkowo zmotywowała piłkarzy Porto. Jeszcze przed końcem pierwszej części spotkania rywal miał kilka dogodnych sytuacji na wyrównanie, jednak brakowało wykończenia.
Po zmianie stron role się odwróciły. Podopieczni Andre Villasa w kilka minut zdominowali przebieg spotkania, spokojnie kontrolując poczynania przeciwników. W 57. minucie fantastyczną akcję przeprowadzili piłkarze Porto i do wyrównania doprowadził Falcao. Jak się okazało, była to ostatnia bramka, jaką w tym meczu zobaczyli kibice. Niestety, mimo wielu bardzo dobrych akcji, żadna z drużyn nie potrafiła umieścić futbolówki w siatce. Ostatecznie mecz na szczycie zakończył się wynikiem 1:1










