Ileż to w historii ekstraklasy mieliśmy zawodników okrzykniętych mianem wielkiego talentu. Czasami wystarczały dwa proste kopnięcia piłki, by na dobrych kilka lat przykleić delikwentowi taką łatkę. Nasi piłkarze chętnie z niej korzystają, długo „jadąc” tylko na dobrej opinii. Trzeba powiedzieć wprost, że szybko potrafi to także sprowadzić takiego zawodnika do poziomu przeciętnego ligowca.Mateusz Możdżeń jest wzorowym wręcz przykładem takiego piłkarza. W ekstraklasie debiutował już w październiku 2009 roku w wieku 18 lat i wówczas wydawało się, że dołączy do grona wypromowanych przez poznańskiego Lecha zawodników. W sezonie 2009/2010 rozegrał 12 spotkań i przyczynił się do zdobycia przez „Kolejorza” mistrzostwa Polski. Siłą rzeczy musiał mieć więc to „coś”, że w tak młodym wieku stał się podstawowym graczem czołowej krajowej drużyny.
Bomba z City…
Oczywiście pierwszym obrazem, jaki przywoływany jest w związku z już 27-letnim wychowankiem Ursusa Warszawa, jest cudowna bramka zdobyta w meczu z Manchesterem City. Niczym niegdyś Sebastian Mila w barwach Groclinu Możdżeń trafił do siatki angielskiego klubu.
Warto jednak dodać, że sam drugi sezon w jego wykonaniu nie był wybitny. Wydawało się, że po debiutanckim sezonie, w którym zaliczył 12 spotkań w mistrzowskim zespole, raptem stanie się jego podstawowym graczem. Tak się nie wydarzyło, rozgrywki rozpoczynał w drużynie Młodej Ekstraklasy. Dopiero w 11. kolejce, po udanym meczu w 1/8 Pucharu Polski (4:1 z Cracovią), otrzymał szansę w ligowym starciu z Wisłą, również wygranym 4:1, w którym zaliczył jedno trafienie.
Potem przyszedł mecz z City, który obrósł już legendą, między innymi właśnie przez wzgląd na tego gola. Było to spotkanie czwartej kolejki fazy grupowej Ligi Europejskiej, a Lech grał na własnym stadionie i to właśnie trafienie 19-letniego wówczas Możdżenia przypieczętowało wynik 3:1.
… i stagnacja
To, co mogło być motorem napędowym dla młodego piłkarza, okazało się poniekąd jego przekleństwem. Od tamtej chwili stał się bowiem zawodnikiem określanym mianem wielkiego talentu z dobrym uderzeniem z dystansu. Następny sezon, tj. 2011/2012, miał się okazać przełomowy, bowiem Możdżeń wchodził już w wiek, w którym powinien kształtować się jako piłkarz.
W istocie był on podstawowym zawodnikiem Lecha, grał sporo, strzelił cztery bramki w 26 spotkaniach, co było całkiem przyzwoitym rezultatem. Niestety trudno było go jednak wyróżnić za jakieś konkretne elementy w grze, na co zwracało uwagę wielu ekspertów. Możdżeń był po prostu solidną częścią czwartej ekipy T-Mobile Ekstraklasy. Tylko tyle.
Tylko, ponieważ oczekiwania wobec niego zdawały się być znacznie większe. Mówiono o szybkim transferze zagranicznym, obserwacji ze strony solidnych europejskich klubów. Tym bardziej że swoją markę zaczynał budować wówczas Robert Lewandowski, z którym Możdżeń miał okazję występować jeszcze w sezonie 2009/2010. Tymczasem już w czerwcu 2013 roku, na rok przed zakończeniem kontraktu, w mediach znów zaczęły pojawiać się informacje o jego rzekomym transferze. Tym razem za zaledwie 180 tys. euro do pogrążonego w kryzysie Panathinaikosu…












