W życiu niemal każdej osoby pojawia się taki moment, że trzeba przejść pewną transformację. Tym razem przyszła pora na Polaka, Mateusza Klicha.
Defensywny pomocnik reprezentacji Polski po wyjeździe z Krakowa stał się wilkiem. Niestety, życie, a konkretnie Felix Magath, zweryfikowało szybko jego plany, a drapieżnik błyskawicznie uciekł do Zwolle. Nic jednak dziwnego: nawet najdziksze zwierzyny nie chcą być maltretowane. – Trener Magath chyba chciał zabić we mnie piłkarza. Na szczęście dało się stamtąd uciec – wspomina tamten czas nasz zawodnik.
Niewiele czasu zajęło mu przystosowanie się do nowego środowiska. Nowy „Niebieskopalczasty” szybko stał się kluczowym elementem holenderskiej układanki. To od niego zaczęto układać jedenastkę i to on walnie przyczynił się do pogromu nad Ajaksem Amsterdam 5:1.
I gdy wydawało się, że to początek pięknej historii z klauzuli zawartej w umowie skorzystał ponownie Wolfsburg. Zarząd „Wilków” wspierany milionami z Volkswagena postanowił zbudować drugą siłę w lidze, sprowadzając perspektywicznych zawodników. Duża konkurencja i niezrozumienie ze strony kolejnego szkoleniowca sprawiły, że Polak jeszcze przed zakończeniem letniego okienka był pewny, że na jesieni sobie nie pogra i już mógł szukać nowego pracodawcy. Niestety, na to nie starczyło czasu, a „Biało-czerwony” grał i grał… ale w rezerwach.
– Klich jest dobry technicznie i kondycyjnie. Do tego jest nieźle zintegrowany z resztą zespołu. Niestety dla niego, ma pecha – mówił dwa i pół roku temu Felix Magath. Wówczas miał na myśli konkurencję w postaci Diego i Kahlenberga. Duży wpływ na to wszystko miał przede wszystkim dobór szkoleniowców, którzy bali się zaryzykować i dać mu szansę. Gdy Klich trafiał do Holandii, szkoleniowcem Zwolle był Art Langeler. Z postawienia na naszego zawodnika nie narzekał. Podobnie było, gdy trenował w Bundeslidze. Jeśli dostawał więcej czasu, to zazwyczaj prezentował się dobrze.
Wilk z podkulonym ogonem wylądował w czwartej lidze, jednak budzi się z zimowego snu i jeszcze w tym okienku ma podpisać kontrakt z 1.FC Kaiserslautern. Nie Lech Poznań, nie PAOK Saloniki, a właśnie 2.Bundesliga skłoniła naszego zawodnika do pozostania za Odrą. Może i to nie te „Czerwone Diabły”, o których jest dużo głośniej w piłkarskim świecie, ale i te z zaplecza niemieckiej ekstraklasy mogą pomóc mu się wybić. Niestety, o grę będzie wyjątkowo trudno. O środek pola walczą na ten moment trzej zawodnicy: Kerem Demirbay, Alexander Ring i Ruben Jenssen. Przebić się będzie trudno.
Najważniejsza w przyrodzie jest równowaga. W Kaiserslautern pożegnał się z Jakubem Świerczokiem, który w klubie minął się z Arielem Borysiukiem. Ani jednemu, ani drugiemu drugiej ligi podbić się nie udało. Teraz czas na Mateusza Klicha. Oby chociaż jemu się tam powiodło…









