Kilka dni temu podopieczni Manuela Pellegriniego zatrzymali Real Madryt, teraz jeszcze lepiej poradzili sobie z inną stołeczną ekipą. Zwyciężyli Rayo Vallecano 4:2 i zrównali się punktami z zajmującym czwarte miejsce w ligowej tabeli Levante. Gole strzelali Rondon (dwa), Maresca i Duda dla gospodarzy oraz Costa i Trashorras dla gości.
Manuel Pellegrini desygnował do gry jedenastkę bardzo podobną do tej, która kilka dni temu wywiozła punkt z Santiago Bernabeu. Jedyna różnica polegała na zostawieniu na ławce rezerwowych defensywnego pomocnika, Nacho Camacho, i posłaniu w jego miejsce do boju skrzydłowego, Eliseu. Trener Sandoval swoim zwyczajem również nie miał zamiaru mieszać w wyjściowym składzie i wystawił tych samych ludzi co zwykle.

Początek meczu pokazał, że goście z Vallecas nie mają zamiaru kłaniać się bogatszym kolegom. Przyjezdni od pierwszego gwizdka wyglądali na drużynę mocniej zmotywowaną. Malaga zaczęła spotkanie niemrawo, czego efektem była sytuacja z 5. minuty, kiedy to wpadającego w pole karne Armenterosa faulem zatrzymał Jesus Gamez. Żółta kartka dla spóźnialskiego obrońcy i „jedenastka” dla Rayo. Do piłki podszedł Diego Costa i pewnym strzałem nie dał szans zdezorientowanemu Caballero. Gospodarze dopiero po stracie bramki zaczęli na poważnie konstruować akcje. W 9. minucie Joaquin miał szansę zdobyć jednego z ładniejszych goli w karierze. Wychowanek Betisu przejął futbolówkę w okolicach linii środka boiska i pognał z nią w kierunku pola karnego Rayo. Minął trzech obrońców i przegrał pojedynek z młodym bramkarzem gości, Joelem Roblesem. Podopieczni Manuela Pellegriniego rozkręcali się z każdą minutą. Doskonałą okazję do pokonania golkipera rywala miał Rondon. Niestety, Wenezuelczyk się poślizgnął i minął z dośrodkowaną piłką – zdarza się nawet najlepszym. Rayo czekało na kontry, licząc na szybkość skrzydłowych i precyzję podań Michu.
Ale tych kontr za dużo nie było, bo Malaga panowała nad spotkaniem. Kolejny znakomity mecz rozgrywał Cazorla, którego dośrodkowania i prostopadłe piłki dewastowały obronę Rayo. W 27. minucie jedna z wrzutek Asturyjczyka prawie zakończyła się golem – Weligton trafił w poprzeczkę. Goście zaczęli lekko panikować, kolejne bezsensowne faule pokazywały wyraźnie, że Malaga trzyma rywala w ryzach. Bramka była kwestią czasu. No i padła. W 35. minucie cudowną wymianę podań między Isco, Joaquinem, Cazorlą, Eliseu i Rondonem strzałem głową z najbliższej odległości na gola zamienił ten ostatni. A Andaluzyjczycy nie mieli zamiaru zwalniać. Dwie minuty później Portugalczyk Eliseu prawie wkręcił piłkę w okolice spojenia słupka z poprzeczką, a chwilę później doskonałą okazję zmarnował Rondon, który po raz kolejny minął się z piłką. Rayo powoli przestawało istnieć. Obrazu rozpaczy dopełniła chyba kontra z 42. minuty, kiedy to do ataku ruszyło dwóch podopiecznych Ramona Sandovala. Ostatni w pierwszej połowie gwizdek sędziego, Mateu Lahoza, z pewnością bardziej ucieszył bezradnych przyjezdnych, którzy wyraźnie potrzebowali wstrząsu.












