Rycerz w białej zbroi padł. Być może jeszcze zawalczy, jeszcze upokorzy kilku rywali, ale przeciwnik najważniejszy, odwieczny i znienawidzony mu uciekł. Pokonał go, zniszczył w bezpośrednim pojedynku i zdystansował w starciach korespondencyjnych. Jeśli my, kibice przyzwyczajeni do oglądania ciągnącej się od dwóch sezonów walki gigantów, nie ugniemy karków i nie spojrzymy w dół tabeli, czekają nas cholernie nudne tygodnie.
Ta kolejka miała być decydująca, miała sprawić, że Real złapie kontakt z Barceloną. Madryt liczył, że szalenie kreatywni kopacze Juana Garrido urwą punkty dumnym Katalończykom, że Nilmar i Rossi zmuszą Valdesa do wyjęcia futbolówki z siatki, że Borja i Santi zdominują słabującego Xaviego, że brak Puyola będzie wyraźny jak nigdy. Wszyscy dyrektorzy Realu z wyczekiwaniem patrzyli na zegarki, czekając, aż wskazówki ustawią się na godzinie 22. Zapomnieli, że cztery godziny wcześniej na Bernebeu stawi się Manolo Preciado ze swoją wesołą, nienawidzącą Mourinho uczuciem tak czystym jak woda w fontannie na Plaza de Cibeles i tak trwałym jak szczyty Pirenejów, trupą. Asturyjczycy przyjechali i zobaczyli, że na murawie w roli przeciwników nie wybiegli „Królewscy”, tylko zgraja sobowtórów, którzy kopania piłki uczyli się, oglądając krótkie filmiki instruktażowe.
Sporting wygrał 1:0. Barcelona wygrała 1:0. „Sny o wielkości srebrne są a kruche”.

Posada Jose Mourinho wisi na włosku. Nie jest to cienki włosek. Powiedziałbym, że wyjęto go z futra wyjątkowo kudłatego mamuta, ale to ciągle włosek. Włoski mają to do siebie, że pękają. Pęknięcie takie skutkuje zazwyczaj koniecznością permanentnej zmiany otoczenia. Los kosmyka Portugalczyka zależy od tego, czy w gablotach Santiago Bernabeu pojawi się jakiś nowiutki, lśniący i pokryty odciskami palców Casillasa puchar. Szanse na to są, nie oszukujmy się, małe – wszędzie nad tym dżentelmenem, który sam siebie uważa za jednostkę wybitną i wyjątkową, wisi widmo Barcelony.
Katalończycy są mocni jak nigdy, dobrzy jak nigdy i pewni siebie jak nigdy. To właśnie w tym ostatnim upatrywałbym szansy dla innych ekip na wyrwanie jakiegoś trofeum Barcelonie. Jednak nawet scenariusz zakładający zbytnią wiarę we własne umiejętności i zlekceważenie rywala wydaje się nierealny. Przecież wszyscy liderzy drużyny byłych, aktualnych i przyszłych mistrzów Hiszpanii są skromni do granic możliwości. Aż dziwne, że wierzą w siebie bardziej niż w rywali.
Podsumowując ten krótki i właściwie bezsensowy fragment podsumowania, Barcelona jest za dobra dla kogokolwiek. Real jest całkiem dobry. Bycie całkiem dobrym < bycie za dobrym.
A co na innych, mniej realowo-barcelońskich murawach?
Pamiętacie wesołego rapera wypożyczonego z Realu do Herculesa? Ja też nie. Chłopak upomniał się swego czasu o pieniążki dla siebie i kolegów i za to został zesłany do ostatniego rzędu ławki rezerwowych. Teraz, po zmianie trenera, wyszedł z cienia i poprowadził swoją ekipę do arcyważnego wyjazdowego zwycięstwa nad Realem Sociedad. Dwa gole w pięć minut były tylko wisienką na torcie doskonałego meczu. Ciekawe, ile punktów stracił beniaminek z Alicante przez tępy upór Estebana Vigo. Gola w tym meczu strzelił również Javi Portillo. Pamiętacie tego dżentelmena?











