Największym wydarzeniem ostatniej kolejki La Liga był mecz „Los Blancos” z Rayo Vallecano. Inne spotkania były ciekawsze, bardziej emocjonujące i obfitsze w gole, ale to starcie na przedmieściach Madrytu pokazało nam coś bardzo ważnego.
Każdy wie, że w piłce nożnej bardzo ważne jest szczęście. Umiejętności indywidualne, odpowiednia taktyka, zgranie, rozpracowanie rywala… To wszystko pójdzie na marne, jeśli zabraknie szczęścia. Nikt nie wygrywa trofeów, nikt nie zapisuje się w annałach futbolu bez jego pomocy. Iniesta miał szczęście, gdy w meczu z Chelsea przepychał Barcelonę do finału Ligi Mistrzów. Zidane miał szczęście, gdy w 2002 roku zdobywał jedną z najpiękniejszych bramek w historii. Manchester miał w 2008 roku szczęście, że John Terry się pośliznął i nie wykorzystał rzutu karnego. Futbol to gra pomyłek, gra uśmiechów losu. Wygrywa ten, kto zbierze więcej tych drugich.
Teraz wszystko wskazuje na to, że Real Madryt ma fortunę po swojej stronie. Na stadionie w Vallecas „Los Merengues” męczyli się niemiłosiernie. Minuty mijały, a oni byli praktycznie bezbronni. Kibice ekipy Jose Mourinho szybko poznali objawy, ich drużyna takie mecze rozgrywa średnio raz na miesiąc. Wtedy nic nie wychodzi. Trzeba przetrwać, liczyć na nieskuteczność rywala i łut szczęścia. W poprzednim sezonie takie mecze kończyły się porażkami lub bezbramkowymi remisami. W tym jest inaczej i to właśnie sprawia, że mamy prawo przypuszczać, że to „Los Blancos” sięgną po mistrzostwo kraju. Oni mają cholerne szczęście, ktoś na górze im sprzyja, to pewne.
Wczoraj Ronaldo zdobył gola po strzale z jednej strony szalenie odważnym, efektownym i zaskakującym, a z drugiej zupełnie wariackim. Uderzenie piętą z dziesiątego metra przez gąszcz obrońców? Takie coś wpada do siatki raz na sto razy. Wczoraj był ten jeden raz. Futbolówka przeleciała między nogami Pulido i Arribasa i zmieściła się akurat przy dalszym słupku. To nie był bynajmniej jedyny łut szczęścia tego wieczoru. Piłkarze Rayo mieli przecież kilka – Mourinho na konferencji prasowej wspomniał o trzech – okazji, które powinni zakończyć się pokonaniem Ikera Casillasa. Za każdym razem haniebnie pudłowali. W światło bramki porządnie uderzył chyba tylko Casado. Serdeczny przyjaciel Sergio Ramosa oddał strzał życia. Piłka leciała w okienko, Casillas był zasłonięty, ale mimo to jakimś cudem futbolówkę sięgnął, sprawiając, że madrycka prasa przez kilka tygodni będzie go nazywała świętym. W niedzielne popołudnie Sergio Ramos rozgrywał najgorszy mecz od ponad roku, a mimo to świetna przecież ofensywa Rayo nie była w stanie zdobyć gola. Real miał olbrzymie szczęście, Rayo miało olbrzymiego pecha. Bo wiecie, równowaga musi być zachowana. Wielkie szczęście jednej osoby jest wielkim pechem kogoś innego.
Rayo pokazało w niedzielę kawał dobrego futbolu. Gdyby nie niewytłumaczalne pudła Armenterosa i Michu, pewnie by wygrało. Po meczu Mourinho mówił, że piłkarze z Vallecas zasłużyli na znacznie więcej niż minimalna porażka. Portugalczyk dodał też, że jego zdaniem ten mecz był jednym z najważniejszych w sezonie. Zgodził się z nim trener gospodarzy, Ramon Sandoval. Na konferencji prasowej Hiszpan stwierdził, że po tej wygranej Madryt ma mistrza praktycznie w kieszeni, bo najtrudniejsze zadanie jest już za nim. Kto przed startem sezonu przypuszczałby, że „Królewscy” będą tak euforycznie reagowali na jednobramkowe zwycięstwo nad beniaminkiem? Nikt, absolutnie nikt.










