Sytuacja, w jakiej znalazło się Atletico Madryt, jest bardzo ciekawa. Chyba najciekawsza w La Liga. Wojna Realu z Barceloną schodzi na dalszy plan wobec wojny kibiców „Los Colchoneros” z władzami klubu.
W czwartek wieczorem światła w biurze stadionu Vicente Calderon paliły się długo. Przez okno można było zobaczyć gorączkowo maszerującego od ściany do ściany mężczyznę z telefonem przy uchu i grubym notesem w ręce. To Miguel Angel Gil Marin, przez wielu uważany za najlepszego i najskuteczniejszego dyrektora sportowego świata. Fakt, że Hiszpan nie jest w Atletico dyrektorem sportowym, jest nieistotny. Raul w Realu był na papierze tylko piłkarzem, a wszyscy wiemy, że bez jego aprobaty nic się w klubie zdarzyć nie mogło. Ale wróćmy na Calderon.
– Luis, proszę, odbierz. Odbierz… odbierz… odbierz… Ach! Luis, witaj! Mam nadzieję, że nie obudziłem. Oglądałeś może nasz dzisiejszy mecz? A słyszałeś, jaki numer wykręcili nam kibice? No, tak, tak. Gwizdy przy naszych bramkach, te wszystkie okrzyki… Jasne, planujemy to, niech tylko przegra jeszcze jeden mecz z jakimiś słabeuszami. No właśnie, Luis… Ja w tej sprawie. Może byś tu wrócił? Kibice cię kochają, piłkarze szanują, mój ojciec zawsze mówił o tobie z taką sympatią… Warunek? Dla ciebie wszystko, Luis… Żartujesz… prawda? Cerezo na pewno nie odejdzie, Caminero też nie, ja też nie! Nie wiem, co powiedzieć… Dobranoc, Luis – Gil zatrzymał się przy wielkim biurku, wyjął z kieszeni długopis i zamazał w notesie nazwisko Aragonesa. – Kto teraz? Pantić?
– Hola, Sole! Mam nadzieję, że nie obudziłem. Jak tam twoje chłopaczki? Oj… coś słabo, nie dacie rady awansować do Segunda? 2:2 z rezerwami Rayo? To Rayo w ogóle ma rezerwy? No dobra, nieważne. Słuchaj, Sole, a co byś powiedział, gdybyśmy zaproponowali ci zastąpienie Manzano? No tak… tak… wiem, że to presja… Wiem… Wiem… Manzano sku***synu, sp***alaj z Calderon. Milinko, nie martw się, tobie tego nie będą śpiewali. Zastanów się, przecież oni nawet twojego nazwiska nie potrafią wymówić… Nie? No dobra. Dobranoc, Sole – działacz usiadł na krześle, zakrył twarz rękami i westchnął. Znalezienie w tym kraju dobrego trenera jest trudniejsze niż kupienie dziesięciu piłkarzy. No nic, trzeba coś robić. Czas na Caminero.
– Jose, przyjacielu! Dzwoniłem do Luisa, kazał się wypchać. Próbowałem też z Panticiem, ale on się boi. Co robić? No właśnie… ja też nie wiem, do kogo teraz zadzwonić. Ta presja mnie kiedyś zabije, zobaczysz. Słyszałeś, co o mnie śpiewali na stadionie? Ja im kupiłem Falcao, a oni tak ze mną pogrywają? Kochany, powiedz, co robić… Rado Anticia nie, chłop odpoczywa… Michel też nie, bo on czeka na telefon z Betisu… Też nie… Nie… No widzisz, już tracę cierpliwość. Kochany, wyobraź sobie, że po każdym meczu nie mogę spać przez dwie noce. „Marca” mnie cały czas atakuje, kibice zaraz zaczną palić kukły. To pieprzone Frente Altetico jest najgorsze. Nie da się z nimi rozmawiać. Dymisja i koniec… No właśnie, ja też nie zamierzam… No nic, Jose. Uruchom kontakty w prasie i powiedz tam parę komunałów. Wiesz, że wierzymy temu nieudacznikowi, że nie planujemy zmian, takie tam. No i szukaj kogoś! Tylko kogoś konkretnego, żeby umiał mecz na wyjeździe wygrać – na dziś starczy. Gil Marin rzucił telefon na biurko, znów usiadł na fotelu i pogrążył się w rozmyślaniach.










