W poniedziałek Cristiano Ronaldo został nagrodzony Złotą Piłką. Indywidualnie był najbardziej wyróżniającym się piłkarzem w zeszłym roku. Mimo braku sukcesów drużynowych, Portugalczyk wykorzystał pecha swojego największego rywala.
I stało się. Na gali w Zurychu Cristiano Ronaldo odebrał swoją drugą w karierze Złotą Piłkę. Tym samym zakończył 4-letnią dominację Leo Messiego. Bohater poniedziałkowego wieczoru podczas przemówienia bardzo się wzruszył. Całe napięcie z niego uleciało, a po jego policzkach strużkami zaczęły płynąć łzy szczęścia. Wczorajsze łzy były symbolem ogromnej ambicji, ciężkiej pracy i… zwykłych uczuć, które rządzą ludźmi. Cristiano dał dowód, że nie jest antycznym herosem w stylu Achillesa, na jakiego kreują go media. To przecież facet z krwi i kości, z ludzką twarzą.

Gdy za horrendalną kwotę przechodził do Madrytu, jako jeden z nielicznych byłem przeciwnikiem tego transferu. Ot kolejna gwiazdka Premier League, przez którą odszedł Robben. Portugalczyk wydawał mi się wtedy rozpieszczonym gościem o typowo egoistycznym podejściu do futbolu – wydawał się przemawiać tak: – Dajcie mi piłkę, a ja strzelę. I strzelał bez opamiętania z każdej pozycji. To bardziej drażniło, niż ekscytowało. Za Pellegriniego Ronaldo chociaż jest świetny technicznie to w niczym nie pomógł drużynie. Odpychało mnie w nim właściwie wszystko, teatralne pady, wymuszenie fauli i ten wspomniany wcześniej egoizm.
Z biegiem czasu zacząłem akceptować Cristiano takiego, jakim jest. A i miałem wrażenie, że zaczął się zmieniać. Harował w defensywie, częściej podawał, szukał kolegów z drużyny. Powoli dojrzewał do roli lidera, którego wszyscy w nim widzieli odkąd przyszedł do madryckiego giganta. Punktem kulminacyjnym jego umiejętności był sezon 100 punktów. Grał jak z nut, strzelał, asystował, ścigał się z Messim. Z Messim w indywidualnym pojedynku bramkowym nie wygrał, co miało prawo wzbudzać frustrację. Powoli Barcelona i Real Madryt stawały się własnościami odpowiednio Argentyńczyka i Portugalczyka, na których haruje cała reszta. To przeszkodziło w oczywisty sposób w zdobyciu tego najbardziej upragnionego pucharu – Ligi Mistrzów. Paradoksalnie pomogło w walce o prestiż indywidualny.
No i doszliśmy do sezonu poprzedniego. Jak już wspominałem, Cristiano z każdym dniem mnie do siebie przekonywał coraz bardziej. Nawet się nie obejrzałem, kiedy zacząłem go lubić. Doceniłem jego starania, to jak dojrzał i lideruje drużynie. Jego ambicja i pragnienie samodoskonalenia zaimponowały mi. Byłem dumny, że w mojej ulubionej lidze gra co najmniej dwóch najlepszych zawodników na świecie w ostatnich latach. I znowu się okazało, że indywidualne popisy nie wystarczą w grze zespołowej. „Barca” i Real w półfinałach zostały pokonane przez niemiecką konkurencję. Bayern niemalże powtórzył wyczyn „Dumy Katalonii” z pierwszego sezonu Guardioli. Niemiecka machina nie ma słabych punktów, nie ma też tak jednoznacznego lidera. Jeżeli przyjmiemy założenie, że przywódcą był Ribery to zwolennicy Schweinsteigera czy Robbena się obrażą. Dlatego też Francuz, mniej medialny od Ronaldo czy Messiego, nie mógł liczyć na Złotą Piłkę, a ściślej mówiąc nie był faworytem.









