„W lewym narożniku… ważący 86 kilogramów i mierzący 186 centymetrów wzrostu, niepokonany aerofighter, reprezentujący barwy Juventusu Turyn… Giorgio Chiellini! Na przeciwko niego, w prawym narożniku… ważący zaledwie 59 kilogramów i mierzący 163 centymetry fantasista wagi piórkowej, reprezentant Napoli… Lorenzo Insigne!”
Wielu z Was z pewnością może pomyśleć, że to biblijne starcie potwornego Goliata z młodziutkim Dawidem. Szczególnie jeżeli wyobrazimy sobie posturę 31-letniego defensora „Starej Damy” i zestawimy ją z niewielkim 24-letnim skrzydłowym z Neapolu. Wynik starcia obu zawodników wydaje się jasny… ale czy na pewno? Dla tych, którzy znają prawdziwe umiejętności Insigne, wynik, owszem, jest jasny. Powiedziałbym, że wręcz pewny. To właśnie ten młodszy, mniejszy i zdecydowanie lżejszy zawodnik wygrywa to starcie. Kamień rozbija się o głowę Goliata. Dawid jest dla niego zdecydowanie za szybki.

To właśnie swojej szybkości i zwinności neapolitańczyk zawdzięcza większość strzelonych przez siebie bramek. To właśnie gibkości i kontroli nad piłką zawdzięcza legion ofiar, które padały przed nim, widząc jedynie niebieską smugę, która ulatywała niczym dym znikający w powietrzu po zaledwie kilku sekundach. Dopiero ryk trybun, zawodzenie bramkarza i trzepot siatki oznajmia leżącemu na murawie zawodnikowi, że został pokonany. Ośmieszony na oczach kilkudziesięciu tysięcy kibiców. I to przez kogo? Przez zawodnika, który wzrostem może równać się jedynie z młodymi chłopaczkami z drużyny juniorów. Zawodnika, którego najlżejszy powiew wiatru powinien porwać ze sobą w przestworza. Zawodnika, którego imię i nazwisko stało się koszmarem wielu obrońców Serie A w trwającym obecnie sezonie 2015/2016. Lorenzo Insigne. Wawrzyniec Wielki.
Zaczynał w Neapolu. To właśnie zespół Napoli gościł, i prawdopodobnie będzie gościł jeszcze przez długi czas, w jego sercu zarówno jako piłkarza, jak i kibica. Jego kariera nie była wyjątkowo dynamiczna, co wiązało się z brakiem zapotrzebowania na jego umiejętności w zespole „Azzurrich”. Mówiąc kolokwialnie, młodziutki Insigne był po prostu zbędny, co zmusiło go do poszukiwania alternatyw. Najlepszą było wypożyczenie. Gra w ekipach: Cavese, Foggi czy Pescary pozwoliły reprezentantowi Włoch na pierwsze piłkarskie wprawki, z których korzysta do dziś. Mimo przymusowej tułaczki jego serce pozostało niebieskie. Dlatego z tak wielkim entuzjazmem i optymizmem przyjął do wiadomości, że w końcu będzie potrzebny. Że włodarze z Neapolu nie zapomnieli o swojej mikrogwieździe.













