Mówi się, że w życiu pewne są tylko śmierć i podatki. Po początku sezonu w PKO Ekstraklasie można by jeszcze dodać: i emocje do samego końca w domowych meczach ŁKS-u. Łodzianie już w trzecim starciu u siebie wywalczyli zdobycz punktową po golu w samej końcówce.
– W swoim życiu rzadko miałem okazję uczestniczyć w takich meczach – powiedział po spotkaniu Kazimierz Moskal. I trudno się nie zgodzić z łódzkim szkoleniowcem. Piątkowy pojedynek nie stał może na wybitnym poziomie, dostarczył za to mnóstwo emocji ponad 11 tysiącom widzów, którzy na żywo oglądali starcie wicelidera z przedostatnią drużyną w tabeli. Najlepiej świadczy o tym fakt, że spotkanie trwało łącznie… 118 minut. To prawdopodobnie nieoficjalny rekord w historii ekstraklasy.
Przełamanie Tejana
W mecz lepiej weszła Jagiellonia, ale to ŁKS objął prowadzenie. Do siatki trafił Kay Tejan, dla którego była to druga bramka w sezonie. Holenderski napastnik w każdym meczu dochodzi do dogodnych sytuacji, dotychczas jednak szwankowała skuteczność. Być może piątkowe trafienie doda zawodnikowi nieco więcej pewności siebie i przełoży się na dorobek strzelecki w dalszej części sezonu. Bo potencjał do zdobywania bramek atakujący ŁKS-u na pewno posiada.
Pierwsza połowa: koszmarna końcówka ŁKS-u
Kiedy wydawało się, że gospodarze utrzymają prowadzenie do przerwy, nastąpiła katastrofalna w skutkach dla łodzian końcówka pierwszej połowy. Najpierw rzut karny zamieniony na wyrównującą bramkę. Chwilę później fatalnie wyglądająca kontuzja Nacho (Hiszpan z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu został odwieziony do szpitala). Zaraz po tym druga żółta kartka i w konsekwencji czerwona dla Engjella Hotiego. W końcu czerwony kartonik dla szkoleniowca gospodarzy Kazimierza Moskala.











