Suarez, Sterling, Sturridge, Sturridge, Sturridge, Sterling, Suarez, Suarez, gol, gol, gol, gol, gol. W taki sposób rysował się mniej więcej sezon 2013/14 w wykonaniu zespołu z Liverpoolu, i o ile w letnim oknie transferowym – w kontrowersjach – pożegnano Luisa Suareza na korzyść FC Barcelona, spekulując tym samym mniej zadowalający nadchodzący sezon 2014/15, o tyle duże nadzieje pokładano w substytucie w postaci Mario Balotellego.
Jak można się domyślać, na owoce tej inwestycji może przyjść nam jeszcze trochę poczekać, a ja mimo wszystko uważam, że nie powiedział on jeszcze ostatniego słowa. Oby. Sam Mario stanowi jednak zupełnie inny profil zawodnika, w porównaniu z Luisem Suarezem jest to zależność na płaszczyźnie – „Typowa 9” przeciwko „Fałszywej 9”. O tym jednak dogłębniej innym razem. Aktualnie system gry „The Reds” nie pozwoliłby nawet „El Pistolero” na pełne wykorzystywanie swoich umiejętności, dlatego uważam, że tym bardziej nie należy robić z Balotellego kozła ofiarnego.
W czym może leżeć przyczyna aktualnego obrotu spraw? W ubiegłym sezonie Liverpool zachwycał mnie swoją innowacyjnością w kreowaniu przestrzeni gry. Byli pierwszym zespołem w Premier League, który preferował „kataloński” sposób budowania akcji za pomocą wsparcia i wykorzystywania cech percepcyjnych u zawodników, co dawało lepszą przestrzeń i balans do utrzymywania się przy piłce. Na pozycji typowej „szóstki” występował wówczas niechciany już dzisiaj Steven Gerrard. Był to niespotykany do tej pory na Wyspach sposób dystrybucji „ball-possession” z defensywnym pomocnikiem podwieszonym bezpośrednio pomiędzy dwójką stoperów. Liverpool nieszczęśliwie uległ jedynie Manchesterowi City, gromadząc 84 punkty i zdobywając wicemistrzostwo kraju. Czym jednak najbardziej, w mojej opinii, ujmował zespół z Anfield, a czego zdaje się brakować w bieżącym sezonie?
2013/14 – 2014/15
Posiadanie piłki: 56 % – 55%
Dokładność podań: 84,5% – 83%
Przez większość spotkań Liverpool grał systemem 4–3–1–2, który pozwalał na penetrowanie środka pola przy odpowiednim utrzymywaniu amplitudy w defensywie w przypadku straty. W kluczowych spotkaniach, jak np. ostatnim starciu z City, Brendan Rodgers stawiał na 4–3–3 ze Sterlingiem i Sturridgem na pozycjach 7 i 11 oraz Suarezem na pozycji 9. Rozwiązanie to przynosiło zaskakujące rezultaty, umożliwiając tzw. „gap passy” otwierające podania w końcowych fazach akcji pomiędzy „bramkami” tworzonymi przez dwójkę defensorów. Wszyscy mogliśmy patrzeć na Liverpool z zapartym tchem i rękami składającymi się do braw. Tak było. Osobiście skłoniłem się nawet do stwierdzenia, że z takim poziomem gry w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów ten zespół może zajść naprawdę wysoko. Jednak… lepsi okazali się „Kara Kartallar” ze Stambułu. I to w Lidze Europy.
http://i60.tinypic.com/155ozsy.jpg
Pierwszą z najistotniejszych zmian, zaraz po odsunięciu Gerrarda i strofowaniu Mario Balotellego, żeby przestał pluć na kolegów, a zaczął słuchać trenera, jest przeformowanie systemu gry na sposób bliższy (na Boga…) Juventusowi. Popularne we Włoszech 3–4–3 mogliśmy zaobserwować w BPL w tym sezonie na przykładzie pierwszych spotka w wykonaniu podopiecznych Harry’ego Redknappa. Rangersi, którzy na ogół nie słynęli z finezyjnego obchodzenia się z futbolówką, chyba że przy nodze miał ją Adel Taarabt, nie będą miło wspominać pierwszej części aktualnego sezonu. Nie o nich jednak mowa. Podobnie dzieje się z „The Reds”. Formacja gry z trzema stoperami z tyłu oczekuje nieco innej specyfikacji wsparcia od linii pomocy i o ile wcześniej Steven Gerrard cofał się między dwójkę stoperów, biorąc na siebie ciężar „reżyserowania” gry zespołu, o tyle w obecnej sytuacji Jordan Henderson czy Joe Allen nie są w stanie uzyskać odpowiedniego przeglądu pola pomiędzy linią obrony i ataku.











