Dziś wyjątkowa odsłona naszego stałego cyklu felietonów. W tym tygodniu zmieniamy szyld i zamiast „Ligowego Bigosu” zaserwujemy Wam „Ligowy Rosołek”. Tymczasowa zmiana nazwy to oczywiście wyraz uznania dla 18-letniego Macieja Rosołka, który świetnie zadebiutował w ekstraklasie, strzelając zwycięskiego gola w naszym ligowym klasyku – Legia vs. Lech. Jednak temat dzisiejszego felietonu będzie nieco inny. Na tapet weźmiemy reformę ekstraklasy. Czy ma ona sens?
Z polską ligą nie jest dobrze. Europejskie puchary co roku brutalnie nas weryfikują. Potrzeba jakichś systemowych zmian, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Pytanie, czy powiększenie naszej ligi to na pewno to, czego ekstraklasa potrzebuje? Aktualnie naszą ligę tworzy 16 słabych zespołów. Dołożenie kolejnych dwóch słabych ekip wydaje się niezbyt trafioną koncepcją. Jednakże nie można na to patrzeć wyłącznie negatywnie. Ma to swoje plusy.
Kwestia zredukowania liczby drużyn w ekstraklasie poruszana jest od dłuższego czasu. Zwolennikiem powiększenia naszej ligi jest m.in. Zbigniew Boniek, zaś niektórzy kibice (zwłaszcza czołowych zespołów) chcieliby zmniejszyć ekstraklasę. Sęk w tym, że prezes PZPN ma trochę więcej do powiedzenia i posiada odrobinę większą moc sprawczą niż kibice.
Rozszerzenie najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce wydaje się już praktycznie przesądzone. PZPN na ostatnim zjeździe usunął wszelkie formalne przeszkody, które stały na drodze do utworzenia 18-zespołowej ligi. W tej sytuacji możemy jedynie czekać na oficjalne potwierdzenie tejże reformy i już nie pytać, czy to się wydarzy, tylko kiedy będzie miało to miejsce. 18-zespołowa ekstraklasa najprawdopodobniej ruszy od sezonu 2021/2022.
Powrót do normalności
Plusem tej reformy (przynajmniej w moim odczuciu, dla kogoś innego może to być minus) będzie koniec z wszelkimi kombinacjami. Zakończą się podziały na grupy i inne udziwnienia. Nigdy nie byłem zwolennikiem ESA37. Najbardziej niesprawiedliwy był oczywiście ten kuriozalny podział punktów, który krzywdził przede wszystkim tych najlepszych. Z tego pomysłu na szczęście po latach się wycofano i nie tkwiono dalej w tym błędzie, ale sam podział na grupy pozostał.
On także nie należy do najbardziej sprawiedliwych. W rundzie finałowej nie ma bowiem systemu mecz i rewanż. Każdy gra z każdym, ale tylko po jednym spotkaniu. Przykładowo w poprzednim sezonie Legia zagrała z Lechem trzy mecze, z czego tylko jeden u siebie i dwa w Poznaniu. A dlaczego nie dano jej szansy na drugie spotkanie w Warszawie? Dlaczego to „Kolejorz” zyskał możliwość, żeby zagrać jeden mecz więcej u siebie przeciwko Legii? To oczywiście tylko przykład, taka sama sytuacja jest w przypadku wszystkich innych drużyn grających ze sobą w grupie mistrzowskiej i spadkowej.
Ponadto jak pokazał poprzedni sezon, w rundzie finałowej natłok meczów jest po prostu dla niektórych zespołów przytłaczający. Ekstraklasa w końcówce sezonu tak bardzo nabiera tempa, że już nawet niektórzy kibice zaczynają się w tym wszystkim gubić i nie ogarniają, którą tak naprawdę mamy kolejkę. Zresztą ESA 37 powoduje, że mają miejsce dziwne sytuacje jak chociażby dwa sezony temu, kiedy w 30. kolejce zmierzyły się ze sobą zespoły Arki Gdynia i Lechii Gdańsk, a następnie w 31. kolejce… znowu mieliśmy derby Trójmiasta. Tylko tym razem w grupie spadkowej.











