Ligowa krucjata, odcinek 26.


13 maja 2013 Ligowa krucjata, odcinek 26.

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, w którym zaczyna on uważać, że coś go obserwuje. Może jakaś ukryta kamera? Coś patrzy i czeka, co on zrobi i jak się zachowa w sytuacjach ekstremalnych. Takie uczucie pojawia się, kiedy człowiek znajduje się w tak absurdalnym położeniu, że zwyczajnie nie może to być prawdą. Tak właśnie czuli się kibice, oglądając 26. kolejkę polskiej ekstraklasy.


Udostępnij na Udostępnij na

Polonia – Podbeskidzie

Takiego występu nie powstydziliby się Owen Wilson czy Ben Stiller. Ich gra aktorska może nie jest zbyt wyszukana, ale mimo to ludzie się z nich śmieją. Podobnie było z piątkowym meczem, który dla „Górali” był kolejnym pojedynkiem o życie. Prym w tej grze wiódł Marek Sokołowski. Jego starania przypominały wygłupy komika, który stara się rozśmieszyć widownię swoją niezmierzoną pierdołowatością. To nie mogło przynieść bielszczanom choćby jednego punktu.

Piłka, którą został rozegrany mecz
Piłka, którą został rozegrany mecz (fot. Mikołaj Olszewski / iGol.pl)

Poza zwycięstwem Polonii uwagę należy zwrócić na jeszcze jeden fakt. Fakt, który może stać się symbolem drużyny w najbliższych tygodniach. Chodzi o marynarkę Piotra Stokowca. Szkocka krata, która zdobiła jego ubiór, była aż nazbyt wymowna. Jej największym plusem było to, że komentatorzy mieli o czym rozmawiać, bo inaczej w pierwszych 45 minutach zapewne umarliby z nudów.

Lech – Widzew

Lech jest jak walec. Tylko trochę już zardzewiały. Przez pierwsze 45 minut Mariusz Rumak bezskutecznie starał się uruchomić jego silnik, maszyna kaszlała, rzęziła i wydawała dziwne dźwięki. W drugiej połowie silnik zaskoczył i maszyna zaczęła rozjeżdżać na placek swoją piątkową przeszkodę. Co na to Legia? Czy poziom adrenaliny w Warszawie zaczął już przekraczać granicę bezpieczeństwa?

Co ciekawe, w tym meczu Poznań miał innego niż zwykle bohatera. Oczywiście Hamalainen (dlaczego zaczął mecz na ławce rezerwowych?) i Lovrencsics zagrali na wysokim poziomie, ale największe brawa należą się Mateuszowi Możdżeniowi. Piękny gol i podanie otwierające drogę do bramki przy drugim trafieniu zadecydowały o wyniku spotkania. Można powiedzieć, że to Możdżeń wyrwał feralny kluczyk od trenera Rumaka, włożył go do stacyjki, przekręcił, i poszło!

Śledź Oddech Futbolu na Facebooku

Pogoń – Bełchatów

Pamiętacie wypowiedź Radosława Janukiewicza po meczu Pogoni Szczecin z Olimpią Elbląd w I lidze? Tego nie da się zapomnieć. Chyba że Radek przejdzie samego siebie, a to jest całkiem realne. Jeśli Pogoń będzie pozwalała się gwałcić każdemu kolejnemu przeciwnikowi, to wyląduje na zapleczu ekstraklasy. Wtedy bramkarz Pogoni Szczecin może zafundować nam taki monolog, że nawet Władysław Pasikowski pochyli przed nim czoło.

Inna rzecz, że Janukiewicz rozegrał naprawdę dobre zawody. Kilka niezłych interwencji, obroniony rzut karny, to może jeszcze bardziej spotęgować jego frustrację. Ten monolog może nawet zawstydzić Pasikowskiego.

I takim oto sposobem, korzystając z tragikomicznej postawy kolejnych przeciwników, GKS Bełchatów wydostał się ze strefy spadkowej. Tak, wydostał się, bo przecież jedno miejsce jest już zarezerwowane dla Polonii Warszawa. Oczywiście istnieje opcja, że kameruński inwestor okaże się zbawieniem „Czarnych Koszul”, ale fani prędzej uwierzą, że Kopernik była kobietą.

Wisła – Korona

Na „Białą Gwiazdę” wylano już tyle pomyj, że jej blask niemal zupełnie przestał istnieć. A kiedy już całkiem zgasł, wylano ich na Wisłę jeszcze więcej. Jednak w sobotę krakowianie pokazali, że nie do końca na te pomyje zasłużyli, bo grać w piłkę potrafią. Najlepszym dowodem na to było pewne zwycięstwo z Koroną Kielce. Wszystko pięknie, tylko jedna rzecz w tym całym zamieszaniu trochę nie pasuje.

W pierwszym składzie Wisły wyszło dwóch nastolatków – Uryga i Stolarski. Dwie bramki dla krakowian strzelił 21-letni Michał Chrapek. I co Pan na to, Panie Cupiał, nie warto inwestować w młodzież?

Jagiellonia – Legia

Piłkarze Jagiellonii byli jak Andrzej Gołota. Myśleli, że legioniści będą najpierw z nimi rozmawiać, że wypiją herbatę, podzielą się kiszonym ogórkiem i może chlapną coś mocniejszego. Tyle że Ljuboi i Radovicia już nie było, więc Legia od początku chciała grać w piłkę. Na taką opcję Tomasz Hajto swoich podopiecznych nie przygotował i w efekcie po kilku minutach było 1:0 dla warszawian.

Skończyło się na 3:0 i jedyny, którego żal, to Tomasz Frankowski. On tego dnia rozgrywał mecz numer 300 w polskiej ekstraklasie. I co? Został zmieniony w 26. minucie gry! Został zmieniony, bo Alexis Norambuena już po dziesięciu minutach meczu obejrzał czerwoną kartkę i szkoleniowiec musiał jakoś na to zareagować. Może to słuszna decyzja, ale mimo wszystko wydawała się ona trochę niezręczna. Ale nie od dziś wiadomo, że Tomasz Hajto ze zręcznością w takich sytuacjach ma tyle wspólnego co „Pudzian” z baletem.

A co do baletu, to „Hajtowy” powinien zacząć chyba pobierać lekcje. Utrzymanie się na linie, na której obecnie balansuje, wydaje się sztuką równie trudną co uzyskanie licencji przez Polonię Warszawa. Ale nie zapominajmy, że w polskiej ekstraklasie wszystko jest możliwe. Dowód? Oto on. A nawet dwa:

Piast – Śląsk

Gliwiczanie są niesamowici. Co kolejkę dostają na początku soczystego gonga prosto w nos, po czym oddają z jeszcze większą siłą i na końcu pozostawiają swojego przeciwnika leżącego bezwładnie na deskach. Do tej pory było to nawet zabawne, ale teraz stało się nieco przerażające. Najpierw Śląsk pięścią Dalibora Stevanovicia dał porządnie po twarzy podopiecznym Marcina Brosza. Ci odpowiedzieli dwoma ciosami i posłali rywala na deski, ale Stevanović odwdzięczył im się pięknym za nadobne. Jednak w ostatniej minucie, kiedy zwycięstwo gospodarzy wydawało się nierealne, Radosław Murawski zadał decydujący cios. To musiało boleć.

Dlaczego to staje się przerażające? Bo okazuje się, że w tym wyścigu ślimaków do europejskich pucharów znalazł się taki jeden, który gdzieś pod skorupą ma zamontowany silnik. Używa go tylko w momentach, kiedy trzeba wyprzedzić przeciwnika czubkiem rogów. Ten silnik może zadecydować o historycznym debiucie Piasta na arenie europejskiej. Tylko kto ma się bać? Chyba właśnie Piast, bo wygląda na to, że to on będzie mierzył się z wirtuozami z Mołdawii, Estonii czy Kazachstanu.

Lechia – Ruch

Sherlock Holmes mawiał: Jeżeli wykluczyć wszystkie inne opcje, to te, które zostaną, jakkolwiek byłyby nieprawdopodobne, muszą być prawdziwe. Tak musiał też rozumować kibic, który nie widział meczu Lechii z Ruchem i po poznaniu wyniku nie bardzo w to uwierzył. Jak zobaczył, kto strzelał gole, to długo zastanawiał się, czy to nie prima aprilis. Potem pewnie sprawdził, czy inne media mówią to samo. Mówiły, więc to, co było totalnie nieprawdopodobne, było prawdziwe. Duda i Rasiak strzelili bramkę w tym samym spotkaniu!

To jednak jeszcze nic. Jak musiał się czuć kibic, który oglądał to spotkanie w telewizji! Kiedy bramkę na 3:4 strzelił Rasiak, fan zapewne zaczął myśleć, że ktoś mu czegoś dosypał do herbaty i właśnie ma halucynacje. Potem, kiedy zobaczył, jak Duda strzela gola piętą na 4:4, zaczął pewnie szukać kamer, podejrzewając, że jest bohaterem polskiej wersji filmu „Truman Show”. A jednak, to wszystko było prawdziwe.

Pamiętacie w ogóle takie emocje w lidze polskiej? Do tej pory wydawało się, że wyłączność na taką ich dawkę mają Premiership, Liga Mistrzów, czasem liga hiszpańska czy niemiecka, ale polska ekstraklasa? Nigdy w życiu. A tu proszę, dwa przeciętne zespoły stworzyły widowisko, które przyciągnęłoby do ekranu fana pływania synchronicznego, który wyżej od meczu ceni twórczość Justina Biebera. No cóż, powariowali nam piłkarze i chwała im za to, bo do tej pory wariowali tylko kibice, patrząc na nieudolność polskich grajków. Miła odmiana.

Zagłębie – Górnik

Na koniec 26. kolejki Górnik Zabrze, który w poprzednim meczu grał tak, jakby piłkarze postawili u bukmachera na porażkę z Bełchatowem 0:2, pokonał 2:1 Zagłębie Lubin, które niedawno rozgromiło mistrza Polski 4:0. Tak, takie rzeczy też się dzieją w lidze polskiej, ale w porównaniu do wcześniejszych wydarzeń to żadne cuda.

A kiedy wydawało się, że limit absurdu został przekroczony, bramkę strzelił Grzegorz Bonin… Czy ktoś jeszcze wątpi w to, że w lidze polskiej wszystko jest możliwe?

Artykuł ukazał się na blogu Oddech Futbolu

Komentarze
~alfons (gość) - 13 lat temu

Brakuje tylko tego żeby bramkarz strzelił gola z
wolnego czy coś

Najnowsze