W życiu tylko trzy rzeczy są pewne – śmierć, podatki oraz zwycięstwo nowozelandzkiej drużyny w kontynentalnych rozgrywkach Oceanii. Oczywiście jest to hiperbola, jednak nie zakłamuje ona obrazu piłki nożnej na tym kontynencie w sposób znaczący. Liga Mistrzów OFC została zdominowana przez Auckland City, które właśnie wygrało ją jedenasty raz. Czy to oznacza, że tamtejsze rozgrywki są nudne? Wręcz przeciwnie! A tegoroczna edycja jest tego idealnym przykładem.
Finał – oszukać przeznaczenie
Jak można było stawiać na ślepo przed rozpoczęciem turnieju – jednym z finalistów rozgrywek było Auckland City. Zespół z Nowej Zelandii nas jednak nie zachwycił. Mecze w fazie grupowej nie były pokazem siły, a półfinał tylko utwierdził nas w przekonaniu. Naprawdę niewiele brakowało, by Auckland zostało w tamtej fazie wyeliminowane przez klub gospodarza – Ifirę Black Bird z Vanuatu, która do 70. minuty prowadziła 2:0! Nie udało jej się jednak dowieźć przewagi do końca, co poskutkowało przegraną po rzutach karnych.
Drugim finalistą była Suva FC z Fidżi. Obie drużyny miały przyjemność zmierzyć się ze sobą już podczas fazy grupowej. Wówczas Auckland City wygrało 3:1.
Bezapelacyjnie była ona również faworytem ostatniego meczu turnieju. I próbowała udowodnić to od samego początku, rzucając się na rywala od pierwszego gwizdka. Może nie był to nieprawdopodobnie zmasowany atak, ale od razu dało się wyczuć kto chce ten mecz prowadzić pod swoje dyktando.
Auckland City raz po raz tworzyło sobie sytuacje bramkowe, jednak albo brakowało piłkarzom celności, albo wcale nie oddawali oni strzałów przy klarownych sytuacjach. Zbawieniem dla Nowozelandczyków okazał się… ich przeciwnik. Drużyny z Oceanii mają tendencję do rzucania sobie kłód pod nogi w meczach z silniejszymi rywalami i tym razem nie było inaczej. Suva sprokurowała rzut karny we względnie niezbyt groźnej sytuacji. Jedenastkę wykorzystał Angus Kilkolly. Przed przerwą prowadzenie po kontrataku podwyższył Ryan De Vries, który wszedł na boisku kilka minut wcześniej za kontuzjowanego Dylana Manickuma.
Dwie różne odsłony
W drugiej połowie faworyt zaczął odpuszczać. Szczerze mówiąc – można się było tego spodziewać. Wynikiem tego była coraz większa niefrasobliwość oraz arogancja, która sprawiła, że Auckland City od 60. minuty musiało grać w dziesiątkę z powodu czerwonej kartki.
Suva automatycznie zwietrzyła swoją szansę i… udało jej się zdobyć bramkę kilka minut później! Dośrodkowanie z bocznego sektora boiska wykorzystał Alex Saniel, który wszedł w pole karne z takim impetem, że balibyśmy się wejść mu w drogę.
Ten gol trochę ożywił Auckland City, które ponownie zaczęło atakować. Jednak zespół z Fidżi tak się nakręcił, że z każdą minutą zyskiwał na animuszu. I to przełożyło się na wymierny efekt! Mimo że większość kibiców zapewne uważała, że mecz jest rozstrzygnięty po pierwszej połowie – Suva kilka minut przed końcem spotkania doprowadziła do wyrównania! Ravnesh Singh pokonał bramkarza rywali strzałem z dystansu, przy którym miał dużo szczęścia. Piłka odbiła się od obrońcy i kompletnie zmyliła goalkeepera.











