Liga będzie ciekawsza – osiem wniosków po 31. kolejce T-ME
Patryk Motyka, Michał Kołodko· 6 min czytania
Fot. Drużyna Lecha;
Za nami pierwsza z siedmiu dodatkowych kolejek T-Mobile Ekstraklasy. Doszło w niej do zmiany lidera, a na dole tabeli zrobiło się tłoczno jak w sklepie przed majówką. Oto osiem spostrzeżeń po 31. kolejce naszej rodzimej ligi.
1) Korona Kielce 0:2 Ruch Chorzów (Starzyński 45′, Zieńczuk 83′)
W zapowiedzi kolejki pisaliśmy, że brak Dejmka może wyjść Koronie na dobre. Wszystko jednak zweryfikowało boisko. Ruch Chorzów był o klasę lepszy od kielczan, nie pozostawiając złudzeń, kto powinien zdobyć trzy punkty. Jeśli chodzi o dwóch wspominanych lewych obrońców Korony – zarówno Sylwestrzak, jak i Leandro nie wyróżnili się niczym szczególnym. W Koronie brakło kogoś takiego, kim był Filip Starzyński dla chorzowian. 23-letni rozgrywający notuje ostatnio dobry czas, w jego grze widać coraz więcej tego blasku, który swego czasu zaowocował powołaniami do kadry Nawałki. Z taką grą Ruch bez problemu powinien utrzymać się w ekstraklasie. Na uwagę zasługuje pierwsza w tym sezonie ligowym bramka Marka Zieńczuka. Chorzowski weteran, któremu zdarzały się sezony z dwucyfrową bramkową zdobyczą, potrzebował aż trzydziestu meczów, by móc cieszyć się z gola. W Koronie najmocniej zawiódł jej lider, czyli Olivier Kapo. Wydaje się, że był to jego najsłabszy mecz w kieleckiej drużynie, odkąd został ostatecznie doprowadzony przez trenera Tarasiewicza do stanu używalności.
Drużyna Jagielloni (fot. fot. Grzegorz Rutkowski;)
– Pierwszej połowy nie wytrzymaliśmy psychicznie. Graliśmy zbyt nerwowo. Nie potrafiliśmy się utrzymać przy piłce – powiedział po meczu trener Michał Probierz. Faktycznie, w piątkowy wieczór Jagiellonia wyszła na spotkanie ze Śląskiem nieco zaspana. Na początku drugiej połowy bramka dodała Podlasianom skrzydeł, które szybko ucięli podopieczni Tadeusza Pawłowskiego. Powodów tak słabego występu „Jagi” może być kilka. Pierwszym z nich jest prawdopodobnie wiek piłkarzy. Jak wspomnieliśmy, „Duma Podlasia” ma najmłodszą kadrę w lidze, co jest jej dużym atutem, ale także zmorą: tak niedoświadczeni gracze mogą mieć problemy z presją. Drugą komplikacją Jagiellonii okazał się być brak w zespole Rafała Grzyba: bez swojego kapitana „Pszczółki” zdołały wygrać zaledwie 11% swoich spotkań! Ostatnim ważnym do odnotowania faktem jest spadek formy na koniec sezonu drużyn prowadzonych przez Michała Probierza. „Polski Guardiola” lubi stawiać na młodzież, a intensywność treningów i coraz krótsze odpoczynki między meczami sprawiają, że dyspozycja zaczyna się wahać. Jagiellonia musi zatem szanować ten jeden punkt.
Jeżeli ktoś sądził, że Lech przyjedzie na Łazienkowską podbity po przegranej w Pucharze Polski, to się grubo mylił. Poznaniacy wiedzieli, że stracili już jeden tytuł na rzecz Legii i nie mieli zamiaru oddać jej drugiego. Pierwsza połowa nie zapowiadała nam, że „Kolejorz” chce to spotkanie wygrać, ale już od pierwszych minut drugiej połowy każdy niebieski kibic na stadionie mógł po cichu doliczać swojej drużynie trzy punkty. „Wojskowi” potrafili odpowiedzieć tylko jednym trafieniem, chociaż mecz przegrali na własne życzenie, bo w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry idealnej okazji nie wykorzystał Guilherme. Mistrz Polski przechodzi ostatnio trudny okres, od odejścia Radovicia styl gry nie przypomina już tego, jaki mieliśmy okazję oglądać na początku sezonu chociażby w starciach z Celtikiem. Po ostatniej porażce szanse Legii na mistrzostwo znacznie spadły, przez co wiele ludzi tradycyjnie już wiesza psy na trenerze, dopatrując się jego zwolnienia. Mimo słabszego okresu Norweg wydaje się być odpowiednim człowiekiem na tym stanowisku i zarząd CWKS-u powinien dać mu jeszcze czas na odbudowanie formy zespołu.
Po tym, jak Czesław Michniewicz zapowiedział, że Pogoń będzie starała się „walczyć o jak najwięcej”, nikt nie spodziewał się tego, że 45-latek zdecyduje się postawić na młodzież. W podstawowym składzie „Portowców” znalazł się między innymi 18-letni Michał Walski, a z ławki wszedł młodszy o rok Kamil Wojtkowski. Fakt ten bezlitośnie postanowiła wykorzystać Lechia, która przegrywając do przerwy, potrafiła odwrócić losy spotkania i wywieźć ze Szczecina trzy oczka. Prezentując taką formę, lechiści pokazują, że ich celem na przyszły rok są europejskie puchary, które, patrząc na układ tabeli, wydają się być na wyciągnięcie ręki, bowiem takie punktowanie jak w sobotę spokojnie im na to wystarczy. Pogoń natomiast do walki o Ligę Europejską się na pewno nie włączy i nawet jej się chyba nie chce… Wspomniany w naszej zeszłotygodniowej zapowiedzi Łukasz Zwoliński ponownie błysnął, zdobywając swoją 6. bramkę pod opieką „polskiego Mourinho”.
„Biała Gwiazda” niczym walec przejechała się po bezbronnych zabrzanach, mimo że straciła bramkę jako pierwsza. Trener Moskal zaskoczył pozostawieniem na ławce rezerwowych swojego asa atutowego, czyli Semira Stilicia. O dziwo obowiązki Bośniaka bez problemu przejął Maciej Jankowski, który popisał się dwoma asystami przy bramkach kolegów. Co jeszcze wydarzyło się w Krakowie? Odblokował się Rafał Boguski, który swoją poprzednią bramkę w ekstraklasie zdobył jeszcze w 2014 roku. Paweł Brożek nie rezygnuje z walki o koronę króla strzelców – po dołożeniu trafienia z soboty zajmuje drugie miejsce w klasyfikacji z jedną bramką straty do Kamila Wilczka. Trener Górnika ostatecznie nie zdecydował się postawić na żadnego z trenujących z zespołem młodych zawodników. Wydaje się, że wyszłoby to klubowi na dobre, zwłaszcza jeśli mówimy o formacji ataku, która po odejściu z klubu Mateusza Zachary prezentuje się dość mizernie.
Dziwny mecz obserwowaliśmy w Bielsku-Białej. Pierwsza połowa to pokaz bardzo ostrożnego badania rywala z obu stron, zaledwie dwa strzały celne i znudzone twarze kibiców na trybunach. W drugiej połowie oba zespoły grały tak, jakby od tego meczu zależał byt zawodników. Przeważało Podbeskidzie, bramkę zdobył Zawisza. Ekipa gospodarzy wyrównała, po czym wyszła na prowadzenie, lecz minutę później goście znów odrobili stratę. Ponowny debiut trenera Kubickiego w Bielsku-Białej nie wypadł najgorzej. W tym roku bielszczanie dopiero po raz czwarty zdołali strzelić co najmniej dwa gole w meczu. Podbeskidzie po 31. kolejce jest liderem grupy spadkowej, co nie oznacza jednak, że widmo spadku z ligi zostało już bezpowrotnie zażegnane. Piętnasty w tabeli GKS Bełchatów traci bowiem zaledwie cztery punkty do ekipy spod Klimczoka.
Możemy tylko potwierdzić to, o czym mówiliśmy w ubiegłym tygodniu: zmiana trenera w Cracovii wyszła na dobre, czego nie możemy powiedzieć o „Gieksie”. Przez dłuższy czas tego spotkania wynik wskazywał nam na to, że to Jacek Zieliński znowu zatriumfuje. Po indywidualnym błędzie jednego z obrońców „Pasów” słabiutki GKS zdołał jednak wyrównać za sprawą wracającego do zdrowia Arkadiusza Piecha. To właśnie on może być kluczowym graczem beniaminka w walce o utrzymanie. Drużyna z Krakowa mogła i powinna wygrać ten mecz, a remis bełchatowianom wiele nie daje. Z drugiej strony punkt ten został zdobyty na trudnym terenie. Reasumując, jedna miotła wciąż działa, druga wciąż połamana!
Prawdziwą „remontadę” drużyny Jurija Szatałowa widzieliśmy w poniedziałkowym spotkaniu przeciwko Piastowi Gliwice. Gdy w 47. minucie Kamil Wilczek zdobył bramkę na 2:0, wydawało się, że drużyna ze Śląska może dopisywać sobie trzy punkty i objąć prowadzenie w grupie spadkowej naszej ligi. Jak się jednak po raz kolejny okazało, piłka nożna nie jest aż tak przewidywalna i łęcznianie nie tylko zdołali wyrównać pomiędzy 52. a 54. minutą spotkania, ale potrafili pójść za ciosem i ostatecznie wygrać mecz. Dla Górnika te trzy punkty są jak tlen, który wpadł do płuc opadającej ostatnio na dno tabeli drużyny. Piast zmarnował z kolei szansę na komfortową przewagę sześciu punktów nad drużynami z miejsc spadkowych. Na plus dla gospodarzy na pewno kolejna, już szesnasta ligowa bramka Kamila Wilczka. Już za niespełna miesiąc może być on jednym z najbardziej sensacyjnych królów strzelców ostatnich kilkunastu lat. Niespecjalnie wypaliła akcja marketingowa Piasta Gliwice dotycząca obniżek cen biletów w zależności od frekwencji. W poniedziałkowy wieczór spotkanie na stadionie oglądało zaledwie 3647 kibiców, tysiąc mniej niż na ostatnim domowym meczu sezonu zasadniczego rozegranym przeciwko Podbeskidziu.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Za nami pierwsza z siedmiu dodatkowych kolejek T-Mobile Ekstraklasy. Doszło w niej do zmiany lidera, a na dole tabeli zrobiło się tłoczno jak w sklepie przed majówką. Oto osiem spostrzeżeń po 31. kolejce naszej rodzimej ligi.
1) Korona Kielce 0:2 Ruch Chorzów (Starzyński 45′, Zieńczuk 83′)
W zapowiedzi kolejki pisaliśmy, że brak Dejmka może wyjść Koronie na dobre. Wszystko jednak zweryfikowało boisko. Ruch Chorzów był o klasę lepszy od kielczan, nie pozostawiając złudzeń, kto powinien zdobyć trzy punkty. Jeśli chodzi o dwóch wspominanych lewych obrońców Korony – zarówno Sylwestrzak, jak i Leandro nie wyróżnili się niczym szczególnym. W Koronie brakło kogoś takiego, kim był Filip Starzyński dla chorzowian. 23-letni rozgrywający notuje ostatnio dobry czas, w jego grze widać coraz więcej tego blasku, który swego czasu zaowocował powołaniami do kadry Nawałki. Z taką grą Ruch bez problemu powinien utrzymać się w ekstraklasie. Na uwagę zasługuje pierwsza w tym sezonie ligowym bramka Marka Zieńczuka. Chorzowski weteran, któremu zdarzały się sezony z dwucyfrową bramkową zdobyczą, potrzebował aż trzydziestu meczów, by móc cieszyć się z gola. W Koronie najmocniej zawiódł jej lider, czyli Olivier Kapo. Wydaje się, że był to jego najsłabszy mecz w kieleckiej drużynie, odkąd został ostatecznie doprowadzony przez trenera Tarasiewicza do stanu używalności.
Drużyna Jagielloni (fot. fot. Grzegorz Rutkowski;)
– Pierwszej połowy nie wytrzymaliśmy psychicznie. Graliśmy zbyt nerwowo. Nie potrafiliśmy się utrzymać przy piłce – powiedział po meczu trener Michał Probierz. Faktycznie, w piątkowy wieczór Jagiellonia wyszła na spotkanie ze Śląskiem nieco zaspana. Na początku drugiej połowy bramka dodała Podlasianom skrzydeł, które szybko ucięli podopieczni Tadeusza Pawłowskiego. Powodów tak słabego występu „Jagi” może być kilka. Pierwszym z nich jest prawdopodobnie wiek piłkarzy. Jak wspomnieliśmy, „Duma Podlasia” ma najmłodszą kadrę w lidze, co jest jej dużym atutem, ale także zmorą: tak niedoświadczeni gracze mogą mieć problemy z presją. Drugą komplikacją Jagiellonii okazał się być brak w zespole Rafała Grzyba: bez swojego kapitana „Pszczółki” zdołały wygrać zaledwie 11% swoich spotkań! Ostatnim ważnym do odnotowania faktem jest spadek formy na koniec sezonu drużyn prowadzonych przez Michała Probierza. „Polski Guardiola” lubi stawiać na młodzież, a intensywność treningów i coraz krótsze odpoczynki między meczami sprawiają, że dyspozycja zaczyna się wahać. Jagiellonia musi zatem szanować ten jeden punkt.
Jeżeli ktoś sądził, że Lech przyjedzie na Łazienkowską podbity po przegranej w Pucharze Polski, to się grubo mylił. Poznaniacy wiedzieli, że stracili już jeden tytuł na rzecz Legii i nie mieli zamiaru oddać jej drugiego. Pierwsza połowa nie zapowiadała nam, że „Kolejorz” chce to spotkanie wygrać, ale już od pierwszych minut drugiej połowy każdy niebieski kibic na stadionie mógł po cichu doliczać swojej drużynie trzy punkty. „Wojskowi” potrafili odpowiedzieć tylko jednym trafieniem, chociaż mecz przegrali na własne życzenie, bo w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry idealnej okazji nie wykorzystał Guilherme. Mistrz Polski przechodzi ostatnio trudny okres, od odejścia Radovicia styl gry nie przypomina już tego, jaki mieliśmy okazję oglądać na początku sezonu chociażby w starciach z Celtikiem. Po ostatniej porażce szanse Legii na mistrzostwo znacznie spadły, przez co wiele ludzi tradycyjnie już wiesza psy na trenerze, dopatrując się jego zwolnienia. Mimo słabszego okresu Norweg wydaje się być odpowiednim człowiekiem na tym stanowisku i zarząd CWKS-u powinien dać mu jeszcze czas na odbudowanie formy zespołu.
Po tym, jak Czesław Michniewicz zapowiedział, że Pogoń będzie starała się „walczyć o jak najwięcej”, nikt nie spodziewał się tego, że 45-latek zdecyduje się postawić na młodzież. W podstawowym składzie „Portowców” znalazł się między innymi 18-letni Michał Walski, a z ławki wszedł młodszy o rok Kamil Wojtkowski. Fakt ten bezlitośnie postanowiła wykorzystać Lechia, która przegrywając do przerwy, potrafiła odwrócić losy spotkania i wywieźć ze Szczecina trzy oczka. Prezentując taką formę, lechiści pokazują, że ich celem na przyszły rok są europejskie puchary, które, patrząc na układ tabeli, wydają się być na wyciągnięcie ręki, bowiem takie punktowanie jak w sobotę spokojnie im na to wystarczy. Pogoń natomiast do walki o Ligę Europejską się na pewno nie włączy i nawet jej się chyba nie chce… Wspomniany w naszej zeszłotygodniowej zapowiedzi Łukasz Zwoliński ponownie błysnął, zdobywając swoją 6. bramkę pod opieką „polskiego Mourinho”.
„Biała Gwiazda” niczym walec przejechała się po bezbronnych zabrzanach, mimo że straciła bramkę jako pierwsza. Trener Moskal zaskoczył pozostawieniem na ławce rezerwowych swojego asa atutowego, czyli Semira Stilicia. O dziwo obowiązki Bośniaka bez problemu przejął Maciej Jankowski, który popisał się dwoma asystami przy bramkach kolegów. Co jeszcze wydarzyło się w Krakowie? Odblokował się Rafał Boguski, który swoją poprzednią bramkę w ekstraklasie zdobył jeszcze w 2014 roku. Paweł Brożek nie rezygnuje z walki o koronę króla strzelców – po dołożeniu trafienia z soboty zajmuje drugie miejsce w klasyfikacji z jedną bramką straty do Kamila Wilczka. Trener Górnika ostatecznie nie zdecydował się postawić na żadnego z trenujących z zespołem młodych zawodników. Wydaje się, że wyszłoby to klubowi na dobre, zwłaszcza jeśli mówimy o formacji ataku, która po odejściu z klubu Mateusza Zachary prezentuje się dość mizernie.
Dziwny mecz obserwowaliśmy w Bielsku-Białej. Pierwsza połowa to pokaz bardzo ostrożnego badania rywala z obu stron, zaledwie dwa strzały celne i znudzone twarze kibiców na trybunach. W drugiej połowie oba zespoły grały tak, jakby od tego meczu zależał byt zawodników. Przeważało Podbeskidzie, bramkę zdobył Zawisza. Ekipa gospodarzy wyrównała, po czym wyszła na prowadzenie, lecz minutę później goście znów odrobili stratę. Ponowny debiut trenera Kubickiego w Bielsku-Białej nie wypadł najgorzej. W tym roku bielszczanie dopiero po raz czwarty zdołali strzelić co najmniej dwa gole w meczu. Podbeskidzie po 31. kolejce jest liderem grupy spadkowej, co nie oznacza jednak, że widmo spadku z ligi zostało już bezpowrotnie zażegnane. Piętnasty w tabeli GKS Bełchatów traci bowiem zaledwie cztery punkty do ekipy spod Klimczoka.
Możemy tylko potwierdzić to, o czym mówiliśmy w ubiegłym tygodniu: zmiana trenera w Cracovii wyszła na dobre, czego nie możemy powiedzieć o „Gieksie”. Przez dłuższy czas tego spotkania wynik wskazywał nam na to, że to Jacek Zieliński znowu zatriumfuje. Po indywidualnym błędzie jednego z obrońców „Pasów” słabiutki GKS zdołał jednak wyrównać za sprawą wracającego do zdrowia Arkadiusza Piecha. To właśnie on może być kluczowym graczem beniaminka w walce o utrzymanie. Drużyna z Krakowa mogła i powinna wygrać ten mecz, a remis bełchatowianom wiele nie daje. Z drugiej strony punkt ten został zdobyty na trudnym terenie. Reasumując, jedna miotła wciąż działa, druga wciąż połamana!
Prawdziwą „remontadę” drużyny Jurija Szatałowa widzieliśmy w poniedziałkowym spotkaniu przeciwko Piastowi Gliwice. Gdy w 47. minucie Kamil Wilczek zdobył bramkę na 2:0, wydawało się, że drużyna ze Śląska może dopisywać sobie trzy punkty i objąć prowadzenie w grupie spadkowej naszej ligi. Jak się jednak po raz kolejny okazało, piłka nożna nie jest aż tak przewidywalna i łęcznianie nie tylko zdołali wyrównać pomiędzy 52. a 54. minutą spotkania, ale potrafili pójść za ciosem i ostatecznie wygrać mecz. Dla Górnika te trzy punkty są jak tlen, który wpadł do płuc opadającej ostatnio na dno tabeli drużyny. Piast zmarnował z kolei szansę na komfortową przewagę sześciu punktów nad drużynami z miejsc spadkowych. Na plus dla gospodarzy na pewno kolejna, już szesnasta ligowa bramka Kamila Wilczka. Już za niespełna miesiąc może być on jednym z najbardziej sensacyjnych królów strzelców ostatnich kilkunastu lat. Niespecjalnie wypaliła akcja marketingowa Piasta Gliwice dotycząca obniżek cen biletów w zależności od frekwencji. W poniedziałkowy wieczór spotkanie na stadionie oglądało zaledwie 3647 kibiców, tysiąc mniej niż na ostatnim domowym meczu sezonu zasadniczego rozegranym przeciwko Podbeskidziu.