Dla Messiego i Ronaldo przekroczenie granicy 40 bramek w sezonie ligowym to norma. Przyjemna, ale jednak norma. Dla reszty? Wynik fenomenalny i nieosiągalny. Co jednak, kiedy ktoś strzela regularniej i efektywniej niż Argentyńczyk i Portugalczyk? W takiej sytuacji znalazł się Robert Lewandowski.
Pięć goli z Wolfsburgiem, dwa z Mainz i jeszcze jeden dublet przeciwko Borussii. To wynik Polaka z ostatnich trzech kolejek. Razem w siedmiu spotkaniach aż 12 bramek. Wynik nieprawdopodobny i niepojęty, ale nie rekordowy. Tylko dwukrotnie zdarzało się, by po 8. kolejce Bundesligi którykolwiek z zawodników osiągnął taką samą zdobycz bramkową. W sezonie 1968/1969 legendarny Gerd Mueller, również w barwach Bayernu Monachium, strzelił w pierwszych ośmiu meczach dokładnie tyle samo bramek. Cztery lata wcześniej sytuacja była jeszcze bardziej podobna do tej, w której znalazł się kapitan reprezentacji Polski. Christian Mueller, napastnik 1. FC Koeln, w analogicznej serii gier miał na koncie 12 trafień, ale sam opuścił jedno spotkanie, więc do zdobycia takiej liczby goli potrzebował zaledwie siedmiu meczów. Drogi obu panów o tym samym nazwisku wyglądały jednak zupełnie inaczej.
Gerd Mueller sezon 1968/1969 zakończył z tytułem króla strzelców, gromadząc w trzydziestu spotkaniach dokładnie tyle samo goli, ale najlepsze było jeszcze przed nim. O tym jednak zaraz. Taki imponujący początek wcale nie musi zakończyć się sukcesem, o czym świadczy przykład Christiana. On po świetnym starcie nagle przestał trafiać do bramki rywali. Stoperzy go rozgryźli i przestał być groźny. Napastnik z Kolonii trafiał sporadycznie, od święta, i rozgrywki zakończył z 19 golami na koncie, co było rezultatem, delikatnie mówiąc, przeciętnym. O nim już nikt nie pamięta, o jego młodszym koledze zaś pamięć wciąż jest żywa. Kilka słów o owym koledze, bo Robert Lewandowski będzie do niego równał.

Piłkarz urodzony w Nordlingen umiejętności czysto piłkarskie miał mniejsze niż wiele innych legendarnych gwiazd. Z Maradoną, Pelem, Socratesem, Deyną, Latą czy Gadochą nikt go nawet nie porównuje. Nigdy nie wyróżniał się wyszkoleniem technicznym, przeglądem pola czy dryblingiem. To nie była jego bajka. Królestwo, w którym rządził, nazywało się zupełnie inaczej. Mowa tu o polu karnym. Tam nie miał sobie równych. Żaden obrońca nie potrafił go zatrzymać, a wszyscy bramkarze bali się samego starcia z nim. Jest nawet piłkarska anegdota, nie wiadomo jednak, czy prawdziwa: Pewien niemiecki bramkarz bardzo się pocił. Przede wszystkim w szatni, ale nikt nie dziwił się, bo w niej było zawsze gorąco. Później także podczas rozgrzewki, ale gdy spadał deszcz, to koledzy myśleli, że to jego zdenerwowanie jest spowodowane trudnymi warunkami atmosferycznymi. Nadeszła jednak godzina meczu, a golkiper wciąż się pocił niemiłosiernie. Zauważył to również trener i pyta swojego podopiecznego: „Te, Meier, co Ty się tak denerwujesz?”, a on odpowiada: „Pierwszy raz gram przeciw temu Muellerowi”. No właśnie, wszyscy się go bali. Nawet jego wieloletni kolega i wspaniały golkiper, Sepp Meier. Pierwszy raz na meczu towarzyskim pomiędzy Bayernem a Fort Lauderdale Strikers miał okazję zmierzyć się z wybitnym napastnikiem. „Bombardier Narodu”, jak ochrzcili go niemieccy kibice, pobił wiele różnych rekordów, bo goli nastrzelał setki, ale w szczególności jeden z nich imponuje najbardziej – 40 w jednym sezonie Bundesligi. To niebywały wynik. Teraz chrapkę na pobicie tego rekordu ma Robert Lewandowski.










