Niemieckie media podają, że Leroy Sane zdecydował się dołączyć do Bayernu Monachium. Wydaje się, że jedna z telenowel trwającego okienka transferowego zmierza ku końcowi i bawarscy kibice doczekają się w końcu głośnego transferu. Jak przenosiny skrzydłowego Manchesteru City do Monachium wpłyną na zespół mistrza Niemiec?Wszyscy kibice Bayernu Monachium mogą powoli odetchnąć z ulgą. Mistrzowie Niemiec wreszcie zaczynają wzmacniać inne pozycje niż obrona. Rywalizacja na skrzydłach wzrośnie po pozyskaniu Leroya Sane, który może zostać rekordowym transferem niemieckiego klubu.
Rozgoryczony joker
Leroy Sane przez ostatnie trzy sezony rozwijał się pod okiem Pepa Guardioli w Manchesterze City, do którego przybył w wieku 20 lat. Wcześniej, grając jeszcze w barwach Schalke 04, zaliczył swój pierwszy pełny sezon w dorosłej piłce i narobił tyle szumu, że do klubu z Zagłębia Ruhry zgłosiła się kolejka chętnych na zakontraktowanie młodego skrzydłowego. Już wtedy jednym z potencjalnych kupców miał być Bayern Monachium, lecz młodziutki Niemiec zdecydował się na projekt Pepa Guardioli, który tego lata przenosił się właśnie ze stolicy Bawarii do Manchesteru.
Sytuacja dla mającego jeszcze mleko pod nosem zawodnika nie była łatwa. Wchodził do przepełnionej gwiazdami szatni, a ponadto musiał sprostać niełatwym przecież metodom treningowym Guardioli oraz wymaganiom, jakie niesie za sobą występowanie na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Anglii. Podjął jednak rękawicę, choć konkurencja na jego pozycji była ogromna, a z czasem miało się tam zrobić jeszcze bardziej tłoczno. Zaliczający regularny progres Sane stanowił o sile zespołu, mimo iż trudno było go uznać za niepodważalnego piłkarza pierwszego składu. Sezony mijały, a status byłego gracza Schalke nie zmieniał się.
Mało tego, przyjście rok po roku Bernardo Silvy i Riyada Mahreza jeszcze bardziej zatorowały młodemu skrzydłowemu drogę do wyjściowej jedenastki. Hiszpański trener oczywiście nigdy nie odstawił Niemca na boczny tor, lecz wraz z umiejętnościami piłkarza rosła również jego pewność siebie i chociaż dostawał swoje szanse, coraz mniej podobał mu się często przerabiany rytuał stania przy linii bocznej i przybijania piątki zawodnikowi, którego właśnie zmieniał. Chciał więcej i coraz mocniej czuł, że Etihad Stadium może nie być miejscem, gdzie będzie grał do końca kariery. Gdy ostatnio zaczął zwlekać z przedłużeniem kończącego się w 2021 roku kontraktu, w głowach wielu dyrektorów europejskich klubów zapaliła się lampka, że może właśnie nadszedł czas na atak.










