Bo artysta syty nie ma nic do powiedzenia – śpiewał ongiś Kazik Staszewski. Gdyby przełożyć to na grunt piłkarski, to jedna z największych (największa?) artystek XXI wieku jest syta jak nigdy dotąd. Obżarta futbolowymi sukcesami, nie jest w stanie wykrzesać z siebie dość ikry, by wsunąć kolejną przystawkę. Barcelona się najadła…
Na drugim biegunie był za to, trzymając się tej gastronomicznej terminologii, wygłodniały niczym sudański uchodźca Espanyol, który zatrzymał lokalnego rywala w derbach Barcelony. Pyszne danie na wagę remisu w 86. minucie zaserwował kibicom Espanyolu Vazquez, a kolejna strata punktów podopiecznych Guardioli stała się faktem. Można by oczywiście rzec, że to derby, że rywal wyjątkowo zmotywowany, że mniej utytułowany klub z Barcelony prowadzi przedstawiciel nurtu młodych, uzdolnionych szkoleniowców, Mauricio Pochettino itd.
Prawda jest jednak zgoła odmienna. Naszpikowana gwiazdami „Barca” Pepa Guardioli zwyczajnie straciła motywację. Po latach oszałamiających sukcesów i niezliczonej ilości komplementów, pochwał i porównań z najlepszymi drużynami w historii „Blaugrana” nie ma w sobie dość determinacji, by pokazać maluczkim ich miejsce w szeregu. Najlepiej obrazuje to bilans spotkań wyjazdowych Barcelony. Zaledwie trzy wygrane, aż cztery remisy i jedna porażka. Bilans bramkowy, 12:9. Średnio. Średnio? Jak na Barcelonę, to bardzo, bardzo słabo. Zwłaszcza jeśli rzucimy okiem na to, jak podopieczni Guardioli radzą sobie w swojej pieczarze, Camp Nou, na którym do dobrej i efektownej gry obligują ich dziesiątki tysięcy kibiców zasiadających na trybunach. Osiem wygranych przy zaledwie jednym remisie. Stosunek bramek, 39:0 (!). Wynik bliski perfekcji, ideału. Różnica jest zatem oczywista.
Barcelona u siebie i Barcelona poza domem to dwie zupełnie różne drużyny. Tak naprawdę ekipie ze stolicy Katalonii w tym sezonie na wyjeździe chciało się grać zaledwie raz. Chciało się, bo rywal był z najwyższej półki. W końcu na słynnym Santiago Bernabeu nie wypadało zawieść. Jak pomyśleli, tak zrobili. Barcelona wówczas pokazała to, do czego przyzwyczaiła rzesze kibiców, i pewnie wygrała w Madrycie z Realem 3:1, po raz pierwszy w sezonie zwyciężając na wyjeździe różnicą większą niż jedna bramka. Przypadek? Skądże!
Jose Mourinho zwykł powtarzać, że w drugim sezonie swojej pracy w klubie osiąga najlepsze rezultaty. Tak było w Chelsea, tak też było w Interze, który swą trenerską batutą Portugalczyk wycisnął niczym pomarańczę. W Madrycie tradycji może stać się zadość. Po latach upokorzeń i porażek Real jest wybitnie głodny, by osiągnąć sukces, i to jest właśnie podstawowa różnica między „Królewskimi” a największym rywalem ze stolicy Katalonii. W tym momencie piłkarze z Madrytu mają pięć punktów przewagi nad Barceloną, która po ostatnim spotkaniu znacznie zmniejszyła swoje szanse na obronę tytułu. Mimo to nic nie jest stracone. Pep Guardiola musi się jednak poważnie zastanowić. W przeciwnym razie, bardzo szybko może się okazać, że – zacytuję klasyka – „Barca” zamiast przy stole, znajdzie się w karcie dań. Niefortunnie dla niej, szefem kuchni jak na razie jest Jose Mourinho…










