Piłkarze Legii i Lecha wiedzą o sobie wszystko, począwszy od imiona dziadków od strony ojca, na drugim śniadaniu z czwartku skończywszy. Nic więc dziwnego, że mecz wyglądał tak, jak wyglądał. Ale rozstrzygnął go piłkarz w ostatnich tygodniach dla Legii kluczowy – Aleksandar Prijović.
Kibice Legii nieźle śpiewają. Nieźle klną. Ale słabo dopingują. Szkoda, że do ich poziomu w pierwszej połowie dopasowali się piłkarze – nie dało się na to patrzeć. Może byłoby inaczej, gdyby Prijović był Zlatanem, a nie Prijoviciem. To chyba pierwszy piłkarz w polskiej lidze, który leżał po dwóch setkach. Arajuuri śmiało może się na niego obrazić – po takich podaniach trzeba zdobywać bramki!
I w końcu zdobył, ale może dlatego, że podawał Nikolić, a nie Arajuuri. A jak już jesteśmy przy Nikoliciu, to trzeba powiedzieć jasno: gdyby dwa miesiące temu stanął oko w oko z Buriciem, zaparzyłby sobie kawę, przegryzł ją ciastkiem, minął bramkarza i wpakował gola. A dziś trafił w golkipera „Kolejorza”.
Jeśli chodzi o Lecha, to strona kibicowska również nie zawiodła, dopasowując swoje przyśpiewki do inteligentnych szpilek w stronę Legii. Trenera Urbana chyba mało obchodziło spotkanie, bo w pierwszej połowie ani razu nie wychylił głowy z ławki rezerwowych. Ożywił się dopiero po przerwie, podobnie jak Lech, któremu nie dopisało szczęście – Nielsen trafił w słupek. Jeśli chodzi o boisko, to w ofensywie dramatycznie wyglądał Kadar, który przekraczając połowę boiska, zapominał, jak kopie się piłkę. Trzeba jednak oddać Węgrowi co Węgra – w defensywie było co najmniej okej.
Nowy nabytek Legii, Aleksandrow, biegał sporo, ale była to sztuka dla sztuki. Tak jak i cała Legia tracił koncentrację, gubił piłkę i gdyby na przeciwko nie grał bezzębny Lech, a zespół klasowy, to kto wie, czy nie bylibyśmy świadkami sensacji.











