Taki stan rzeczy jest dla warszawian kompromitujący. Oczywiście podobnie jak gra ich ukochanej drużyny. Legia w meczu z Wartą Poznań nie potrafiła stworzyć sobie żadnej klarownej sytuacji. Nie obyło się też bez głupich zachowań legionistów. Wynik 1:0 na korzyść „Zielonych” był zatem najmniejszym wymiarem kary dla gospodarzy…
Piłkarze Aleksandara Vukovicia skompromitowali się na całej linii. To nie podlega żadnej dyskusji. Przez długą część niedzielnej konfrontacji legioniści wyglądali niczym zlepek ósmoklasistów wypuszczony na boiska ekstraklasy. Dosłownie. W ich grze nic się nie kleiło. Nawet przez chwilę. Końcowy wynik, choć fatalny, nie obrazuje tego, jak wyglądała dyspozycja Legii w tej potyczce.
Epika, liryka… Legia Warszawa
Owszem, zabrzmi to niczym oklepany żart, który stosowany jest zawsze w przypadku fatalnej postawy danej ekipy. Jednak co opisze lepiej taką „grę” Mazowszan? To, co Legia zaprezentowała w 21. kolejce PKO Ekstraklasy, woła o pomstę do nieba. Wręcz o nią krzyczy. Jeżeli mecz z Zagłębiem Lubin w wykonaniu „Wojskowych” mogliśmy nazwać mocno przeciętnym, to na ten ostatni trudno znaleźć jakiekolwiek niewulgarne epitety… Chyba najlepiej będzie pasował „paździerz”!
Sam dramat Legii zaczął się tak naprawdę już w pierwszych minutach. Dokładniej w momencie, gdy minął pierwszy kwadrans. Wtedy podopieczni serbskiego szkoleniowca kompletnie pogubili się w swoich poczynaniach. Nie dostrzegali wolnych stref, kontrataki były osowiałe, przez co przeciwnicy mieli multum czasu na organizację szyków obronnych.

Tymczasem Warta przeczekiwała napór ze strony Legii. O ile w ogóle możemy użyć tego określenia w przypadku „ataków” ekipy Vukovicia. Dodatkowo „Zieloni” wykorzystali słabości gospodarzy. Szczególnie potworne błędy w defensywie. Chociażby ten popełniony przez Mattiasa Johanssona przy pierwszej i jedynej bramce w tym spotkaniu.
Legia cały czas prosiła się o dalsze kłopoty. Dopuszczała się przy tym boiskowego bandytyzmu, czego przykładem jest faul Lindsaya Rose’a na Danielu Szelągowskim. Na dodatek mało brakowało, a przyjezdni podwyższyliby rezultat. Najlepszą okazję mieli do tego w 74. minucie, kiedy Adam Zrelak wykonywał rzut karny, aczkolwiek Słowak nie sprostał temu zadaniu.











