Mamy to! Wiedzieliśmy już przed startem, że może to być udany sezon dla polskich drużyn w europejskich pucharach. Choć Pogoń i Lech przedwcześnie odpadli, Raków i Legia zostały aż do samego końca i już niedługo będziemy oglądać ich w fazie grupowej kolejno Ligi Europy i Ligi Konferencji Europy.
Dwumecz pomiędzy Legią Warszawa a FC Midtjylland zakończył się rezultatem 4:4 (6:5). W pierwszym meczu po golach Marca Guala, Bartosza Slisza i Blaza Kramera niestety zawiodła defensywa, która dopuściła rywali do strzelenia tylu goli, ile „Wojskowi” (3:3). W drugim po uderzeniu głową Tomasa Pekharta Legia Warszawa pierwszy raz wyszła na prowadzenie w tym dwumeczu. Niestety jednak przeciwnicy odpowiedzieli golem w 71. minucie.
Później podopieczni Kosty Runjaicia musieli czekać już do rzutów karnych. Obie drużyny wykonywały je bezbłędnie. Nawet gdy bramkarze wyczuwali intencje strzelców, piłki i tak wpadały do siatki. Inaczej było jednak w przypadku strzału Stefana Gartenmanna. Obrońca FC Midtjylland okazał się gorszy od Kacpra Tobiasza i to Legia wyszła zwycięsko z tego starcia.
Zupełnie inna Legia
Legia Warszawa przeszła szaloną drogę eliminacyjną. Począwszy od wyrównanego boju z Ordabasami Szymkent, przez niesamowicie emocjonujący dwumecz przeciwko Austrii Wiedeń, aż do dwóch remisów, zwieńczonych ostatecznym triumfem i awansem do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy. I o ile poprzednie mecze były obfite w gole (i z jednej, i z drugiej strony), o tyle ostatni był zupełnie odmienny od reszty.
Zespół był przede wszystkim bardziej zachowawczy, co odbijało się na okazjach zarówno jednych, jak i drugich, których było jednak nieco mniej bądź przynajmniej nie były takie klarowne. Na docenienie za to spotkanie zasługuje postawa defensywy, a w tym krytykowanego ostatnio Kacpra Tobiasza czy Rafała Augustyniaka. A to, że wymieniliśmy akurat ich, dużo mówi o tym, jak grał zespół. Legia była dużo bardziej ułożona i spokojna. Zagrała tak, jak miała. Jak chciała po tych wszystkich bramkostrzelnych meczach eliminacyjnych.











