Gdyby nie para stoperów, to z Benficą udałoby się nie przegrać. Taka opinia zapanowała w Polsce po pierwszym spotkaniu „Kolejorza” w Lidze Europy. Tomasz Dejewski i Djordje Crnomarković nie ustrzegli się rażących błędów, które koniec końców przyczyniły się do porażki. To nie pierwsza taka sytuacja w tym sezonie dla Lecha Poznań, gdzie podstawowe błędy w defensywie wynikają z niefrasobliwości stoperów.
21 sierpnia bieżącego roku. Końcówka wakacji i pierwsza kolejka nowego sezonu. Lech pojechał do Lubina na mecz z Zagłębiem. „Kolejorz” prowadził do 82. minuty i wydawało się, że spokojnie dowiezie zwycięstwo do końca. Jednak dwa rzuty rożne sprawiły, że wszystkie punkty zostały na Dolnym Śląsku.
Ten mecz był papierkiem lakmusowym, który idealnie pokazuje największe grzechy Lecha Poznań w obecnym sezonie. Obrona przy rzutach rożnych i unikanie fauli na rywalu we własnej szesnastce to dla Lecha dziś mission impossible. „Kolejorz” już czterokrotnie w lidze musiał się bronić przed rzutami karnymi. Do tego dochodzą dwie „jedenastki” podyktowane na niekorzyść poznaniaków w europejskich rozgrywkach. Sami przyznacie, że jak na 13 rozegranych spotkań sześć rzutów karnych to dużo.
Trudno w tym doszukiwać się jakiejś spiskowej teorii dziejów, że to sędziowie uwzięli się na podopiecznych Dariusza Żurawia. Wynikają one jedynie z niefrasobliwości defensorów „Kolejorza”. Spokojnie połowy z nich można by było uniknąć. Bo były to głupie, nierozsądne przewinienia w paradoksalnie niegroźnych sytuacjach.
Tęsknota za Crnomarkoviciem
Tydzień temu tematem numer jeden w polskich mediach przed rywalizacją z Benficą były problemy ze stoperami. Jak się później okazało, nie było to na wyrost. Dotychczas zdecydowaną jedynką na środku obrony był Lubomir Satka, ale Słowak pauzował za kartki. I już ten fakt powinien nam dać do myślenia. Oczywiście Satka potrafi rozgrywać i wyprowadzać piłki przy konstruowaniu akcji lechitów, jednak też nie ustrzega się strat lub złych decyzji. Mimo to jest ich o wiele mniej niż w przypadku jego kolegów po fachu.
W jak trudnej sytuacji znalazł się „Kolejorz”, najlepiej świadczy fakt, że możliwość występu Djordje Crnomarkovicia wywołała ogromną radość wśród fanów z Bułgarskiej. Serb wcześniej zmagał się z koronawirusem i nie wiadomo było, czy dojdzie do pełni sił. Jednak tak czy inaczej wszyscy wyszli z założenia, że lepszy nawet osłabiony Crnomarković niż przestawiany na tę pozycję Butko czy Muhar.
Występ Serba był jednak fatalny. Przynajmniej jeden gol strzelony przez Portugalczyków w całości obciąża jego konto. I można powiedzieć, że wszyscy przeżyliśmy swego rodzaju deja vu z początków Serba przy Bułgarskiej. Wówczas krytyka jego osoby mogła być porównywalna tylko z tą towarzyszącą Karlowi Muharowi. Wszyscy wtedy zastanawiali się, po co Lech Poznań blokuje takimi piłkarzami miejsce młodym, polskim zawodnikom.
Poznański Wawrzyniak
Jednak Crnomarković z Benficą sam na środku obrony nie zagrał. Towarzyszył mu Tomasz Dejewski i co ciekawe, to jedyny piłkarz z obecnej kadry Lecha, który był w protokole podczas ostatniej przygody „Kolejorza” w Lidze Europy. Na tym pochwały dla Dejewskiego się kończą. Podobnie jak Serbowi, tak i jemu możemy w pełni przypisać jedną ze straconych przez Lecha bramek.











