Lech w sobotnim starciu ze Śląskiem kolejny raz będzie miał okazję na to, aby rozprawić się ze starymi demonami. Z Wisłą Kraków przy pełnym stadionie lechici zagrali koncert. W meczu z ekipą Jacka Magiery mile widziany byłby bis.
Lech Poznań po „planowej” porażce w poprzedniej kolejce PKO BP Ekstraklasy z Jagiellonią mocno liczy na skuteczną poprawę w sobotnim starciu ze Śląskiem Wrocław. Piłkarze Macieja Skorży chcą pozostać liderami ligi na następną przerwę reprezentacyjną.
Lech wciąż musi udowadniać
Nie ma chyba w naszej lidze drugiej takiej drużyny, która swoim fanom praktycznie co mecz musi coś udowadniać. Lech jest tutaj swoistym ewenementem. Jednak „Niebiesko-biali” sami sobie zgotowali taki los. Wyłącznie ich słabe lub bardzo słabe sezony sprawiły, że kibic „Kolejorza” nawet po koncertowym 5:0 z solidnym rywalem nie popada w euforię.
Oczywiście nie można mylić przesadnego optymizmu z chęcią pogratulowania zwycięstwa. Za wygraną z Wisłą na Lecha spadło sporo pochwał z ogólnopolskich mediów. Mniej lub bardziej szanowani dziennikarze pisali, że piłkarze trenera Skorży to murowani kandydaci do zdobycia tytułu mistrza Polski. Ale hola, hola! Po pierwsze to nadal jesteśmy w początkowej fazie sezonu. Po drugie nasza liga jest najmniej logiczną ligą, jaką znam. I po trzecie my wciąż mówimy o Lechu Poznań. A przecież ten klub ma za sobą koncertowe wpadki w momentach, w których nikt inny na takowe raczej by sobie nie pozwolił.
To jest właśnie poznański klimat. Lech lideruje ligowej stawce. Jednak wszyscy nauczeni ostatnimi latami mają w sobie sporo pokory. Ta drużyna – już inna od tych, które błaźniły się w poprzednich latach – nadal ma rozdrapane rany po tamtych sezonach. A przecież nie można wykluczyć tego, że nowe zadrapania czy też większe siniaki znów się pojawią.
Znów pełen stadion, znów Śląsk
19 sierpnia 2019 roku to dla wielu data jak każda inna. Dla kibica Lecha to jednak wspomnienie meczu ze Śląskiem Wrocław, które poznaniacy przegrali 1:3. Wówczas „Kolejorz” wydawał się rozpędzony. Miał na swoim koncie same zwycięstwa w lidze i przed spotkaniem z wrocławianami niektórzy śmiało przypisywali Lechowi kolejne trzy punkty.
Klimat tamtego meczu był wręcz idealny do tego, aby zapełniony ludźmi stadion unieść nad ziemię żywiołowym dopingiem, który nakręcany był solidną grą piłkarzy z Poznania. Wówczas podopieczni Dariusza Żurawia nie dali rady. Na gola Roberta Picha co prawda odpowiedział Darko Jevtić, ale w ciągu dziesięciu minut gospodarzy pogrążył Łukasz Broź. Na trybunach zapanowała konsternacja połączona ze zdziwieniem, ale doping nie słabł.
Lech nie odrobił strat, przegrał mecz, który po kilku miesiącach nazwany został punktem zwrotnym. Kibice docenili piłkarzy. Nie było wyzwisk czy gwizdów, a śpiewy niosły się jeszcze kilka minut po końcowym gwizdku. Jednak wtedy nic z tego nie pozostało, a „Kolejorz” zatrybił dopiero wiosną.











