Nie stracić szans na awans już w pierwszym meczu. Taka myśl chodziła cały czas po głowach piłkarzom Lecha. Wywieźć jak najlepszy wynik z zimnej Norwegii. Remis to dobry rezultat, który powoduje, że „Kolejorz” będzie miał wszystko w swoich rękach. Nie był to łatwy mecz, Lech Poznań miał problemy ze stwarzaniem sobie sytuacji, ale na koniec można powiedzieć, że plan minimum na pierwszy mecz z Bodo/Glimt został wykonany.
Choć Bodo/Glimt nie jest wielką europejską firmą jak Lazio, na które mógł wpaść Lech, to jednak jest bardzo solidnym europejskim klubem. I to udowodniło. Lech jednak wywozi to, co chciał, i to trzeba mu oddać. Może styl pozostawiał wiele do życzenia, ale trzeba się cieszyć z tego, co się ma, bo to wcale nie była łatwa przeprawa.
Lech Poznań przetrwał napór Bodo
Czy Bodo dominowało? Tak. Czy było dłużej przy piłce? Oczywiście, że tak. Czy było groźniejsze od Lecha? Było. Ale czy Bednarek musiał ratować Lecha jak w meczu z Wisłą Płock? Absolutnie nie. Czy bohaterem spotkania znów okazał się bramkarz? Nie. Pokrótce streściliśmy, jak wyglądało to starcie.
Bodo waliło głową w mur. Mur, którego nie dało się przejść. Od początku wsiadło na Lecha i tak naprawdę nie dało mu wyjść z własnej połowy. Atakowało, ale nie stwarzało większych zagrożeń. Czasami klepali, wymieniali piłkę, oddawali strzały z dystansu, ale to było jak woda na młyn. Lech Poznań po prostu momentami przypominał reprezentację Polski murującą bramkę. Drugim punktem wspólnym był prawy obrońca na lewej stronie defensywy.
Po pierwszej połowie można było być trochę zdenerwowanym. To Bodo momentami miażdżyło mistrza Polski. Można jednak powiedzieć, że była to dominacja kontrolowana. „Kolejorz” był na to przygotowany. Wiedział, że ten mecz może wyglądać tak jak ten z Villarrealem, czyli z przodu będzie bardzo trudno coś zrobić, więc musimy zachować pełną koncentrację i być szczelni w tyłach. Lech swoją szansę widział głównie w kontrach. Wymienienie kilku podań na połowie Bodo graniczyło z cudem, dlatego jeśli pojawiały się jakiekolwiek okazje, to po szybkich wyjściach Filipa Szymczaka i Michała Skórasia.











