Lech Poznań odrodził się w najmniej spodziewanym momencie. Wszyscy zaczęliśmy już go skreślać, tak jak Johna van den Broma. Już snuliśmy i przywoływaliśmy niepowodzenia polskich drużyn w łączeniu ligi z europejskimi pucharami. Wszystko zapowiadało na to, że „Kolejorz” skończy tak jak Legia przed rokiem albo jeszcze gorzej. Na szczęście poznaniacy dość szybko się ocknęli i wyrastają na drużynę, która jeszcze napsuje krwi rywalom.
W najbliższej kolejce na pewno nie da za wygraną odwiecznemu rywalowi, a zarazem może udowodnić Legii, że awans do fazy grupowej europejskich pucharów nie oznacza kłopotów. Taki pstryczek w nos warszawiaków, który zawsze wywołuje niemały uśmieszek na twarzach kibiców Lecha. Będzie to spotkanie mistrza z liderem i dla obu klubów będzie to sprawdzian, bo za obiema drużynami lepsze i gorsze momenty, ale tak naprawdę wciąż są małymi niewiadomymi.
Lech Poznań rozwalił ligę we wrześniu
Nie będziemy już wspominać słabych dwumeczów z Karabachem czy Vikingurem. Nie ma co gnębić van den Broma. Umówmy się, forma Lecha w wakacje była iście wakacyjna. Może Holender dopiero badał drużynę albo potrzebował czasu. Warto jednak dostrzec, że mając pod sobą już gorący stołek, uratował się. I to w jakim stylu. Mało było w ostatnim czasie w Polsce trenerów, którzy będąc pod ostrzałem, jedynie się uśmiechnęli i wyszli z kłopotów. Pod tym względem John van den Brom pokazał europejską mentalność i jakość, czyli to, czego szukał Piotr Rutkowski.
Wrzesień był zaskakująco dobry, bo tak naprawdę nikt nie spodziewał się od Lecha niczego. Raczej wszyscy już spisali go na straty. Miała być klapa. „Kolejorz” nie dawał żadnych symptomów tego, że może się podnieść. Trudno było zauważyć jakiś pomysł w pierwszych spotkaniach van den Broma. Piłkarze lecieli w zasadzie na freestyle’u, a ich przygotowanie fizyczne również nie imponowało. Z pustego nawet Salomon by nie nalał, ale przecież Holender dostał zespół mocny – z ubytkami – ale wciąż to, co odprawiało się na początku sezonu, było przesadą.











