Już naprawdę niewiele czasu pozostało do meczu Realu Madryt z FC Barcelona. W związku z tym porozmawialiśmy z dziennikarzem nc+ Piotrem Labogą. Zapraszamy do lektury.
Co takiego mają w sobie te mecze, że przyciągają przed telewizory aż tak wielu kibiców z całego świata?
Wydaje mi się, że dużą wyrazistość obu klubów jeśli chodzi o swoją filozofię, bo tutaj nie chodzi tylko o piłkę. To także wierność pewnym zasadom, ideałom, także jeśli chodzi o: taktykę, sposób gry czy wartości, które reprezentują oba kluby. Wiadomo, że nośność i wielkość Realu Madryt wynikają z sukcesów, a wiadomo, że drużyny osiągające sukces lepiej przyciągają kibiców. Real na topie znajduje się od dziesięcioleci, począwszy od lat 50. Oczywiście gdzieś tam w pewnym momencie osłabło to zainteresowanie Realem, bo były takie momenty, gdy klub, jak dobrze wiemy, nie dominował w europejskiej piłce, ale w latach dziewięćdziesiątych, a szczególnie pod ich koniec, to się zmieniło. Wtedy to dotarcie do masowego kibica poprzez telewizję uaktywniło się, wtedy gdy pojawiła się globalizacja i większy dostęp do oferty sportowej. Wiązało się to także z rozrostem potęgi Realu Madryt.
Barcelona tymczasem przyciąga tą swoją wyjątkowością, tym że przez lata była reprezentantem, jedynym reprezentantem tych dążeń katalońskich. Wtedy barwy katalońskie były przecież zakazane. To jest także ta filozofia gry, to stawianie na piłkarzy i piękno, które oferują oba kluby. Bo tak jak te rozgrywki były przez lata kojarzone z taką prostą, czasami nawet ordynarną piłką, to tak teraz piłka hiszpańska opiera się o: piękno gry, styl i popisy indywidualne. Co więcej, każda z tych drużyn przez te wszystkie lata, przez okres swojej historii, miała swoje gwiazdy, najlepszych piłkarzy na świecie. Każda z tych drużyn w jakiś tam sposób wpływała na rozwój piłki, mówię tutaj konkretnie o Barcelonie Johana Cruyffa, która zmieniła filozofię i podejście do piłki. Te wszystkie elementy, których, jak widać, jest niemało, sprawiają, że starcia Realu z Barceloną, tych dwóch wielkich antagonistów, nie tylko na poziomie stricte boiska, ale także na poziomie filozofii, sposobu patrzenia przez kibiców, osób związanych z klubami sprawiają, że te mecze przyciągają tak wielu widzów.
A jak ocenia Pan początek sezonu w wykonaniu obu zespołów? Zarówno Real, jak i Barcelona mają za sobą małą rewolucję kadrową. Madryt opuścili chociażby Alonso czy Di Maria, zaś ze stolicą Katalonii pożegnali się m.in. Valdes czy Fabregas.
No niewątpliwie zmiany były, ale nie powiem, żeby były bardzo głębokie. Były co prawda te znaczące, takie jak odejście Angela di Marii, którego wpływ na grę Realu był nie do przecenienia w żaden sposób, szczególnie w ostatnim sezonie. Taka była jednak świadoma polityka klubu. W Barcelonie nikt, chyba poza śp. trenerem Vilanovą, nie potrafił znaleźć miejsca, pomysłu dla Cesca Fabregasa, więc rozstano się z nim raczej bez większym lamentów. Jeśli chodzi o Valdesa, to tu był problem z samym piłkarzem, z jego chęcią do poszukiwania nowych wyzwań. Każdy z tych transferów , bo trzeba dodać, także Alexisa Sancheza, miał oczywiście inną, oddzielną historię. Jednak trzony tych zespołów pozostały, kręgosłup i w jednym, i w drugim przypadku nadal funkcjonuje ten sam. Trener Enrique, który chciał ten zespół trochę przemeblować, próbował wstawiać do pierwszego składu wielce utalentowanego, jednak niemającego jeszcze doświadczenia Rafinhię czy wreszcie Rakiticia w miejsce Xaviego , co się moim zdaniem do końca nie udało, ale raczej nie mogło się tak stać, przynajmniej w początkowej fazie. Barcelona jest na razie na etapie przepoczwarzania się, budowania na nowo swojego piłkarskiego wizerunku. Enrique poszukuje takiego planu B na zasadzie „chcemy kontynuować to, co wprowadzali Pep Guardiola i Tito Vilanova i nie chcemy za bardzo od tego odchodzić, ale musimy także wymyślić coś nowego”. Bo ten system gry stosowany przez Barcelonę jest już dla wszystkich, a szczególnie dla tych najsilniejszych klubów, po prostu czytelny. Przyszli nowi piłkarze, ale oni jeszcze w tym kluczowych momentach nie dają tej jakości. Więc Barcelona jest do bólu skuteczna, choć właśnie mecz z PSG, który był tak naprawdę jedynym sensownym, mocnym przeciwnikiem dla niej, pokazał, że ta droga jest jeszcze daleka i wiele pracy pozostało jeszcze przed nią. Dlatego Luis Enrique musi włożyć w ten zespół bardzo dużo pracy i być może tę najlepszą Barcelonę zobaczymy dopiero wiosną. Teraz jest ten element połączenia wszystkich części w jedną całość.













