Kilka dni temu pisaliśmy o beznadziejnych ostatnio wynikach Valencii. Teraz, po kolejnej porażce „Los Ches”, postanowiliśmy zabawić się w statystyków i zobaczyć, jak drużyny La Liga radzą sobie w roku 2012, kto ostatnio dołuje, a kto wzbija się w przestworza.
Pretekstem do tej zabawy była oczywiście ekipa Unaia Emery’ego, a dokładniej ciekawostka na jej temat przytoczona przez Tima Stannarda z „Four Four Two”. Okazuje się, że gdyby Primera Division zaczęła się zaraz po Nowym Roku, Valencia miałaby mniej punktów niż powszechnie uważana za najgorszą drużynę wszechświata Saragossa. Sprawdziliśmy – Anglik ma rację.

Klasyfikacja La Liga pomiędzy 18. a 29. (nominalną 30.) kolejką jest dziwna. I ciekawa. Bardziej ciekawa niż dziwna. Pierwszy jest oczywiście Real Madryt, który ma jednak tylko jeden punkt przewagi nad Barceloną. Za nimi, ze stratą dziesięciu punktów do lidera, plasuje się Malaga. Później mamy Atletico, później Getafe, później Rayo… Na dnie są Betis, Sporting i Racing. Jakie wnioski możemy wyciągnąć z tej nietypowej klasyfikacji?
Przede wszystkim w oczy rzucają się wysokie lokaty ekip z Madrytu. Wszystkie mieszczą się w pierwszej szóstce. Miejsce Realu nie dziwi, miejsce Atletico, które bardzo długo śniło piękny sen efektu Simeone, też nie. Ale Getafe i Rayo to kluby, które sprawiły fanom w ostatnich tygodniach masę radości. Obie drużyny są do siebie podobne. Obie są prowadzone przez młodych trenerów bez wielkiego doświadczenia, ale za to z wielkimi chęciami, obie grają futbol bardzo szalony, strzelają praktycznie tyle samo goli, co tracą (Rayo 23-23, Getafe 14-13, oczywiście w roku 2012). Tylko sytuacja ekonomiczna jest skrajnie inna. Klub z Vallecas tańczy na krawędzi. Tańczy pięknie, zachwycająco, ale w każdej chwili może spaść w otchłań niewypłacalności, długów i bankructwa – wtedy już nikt nie będzie pamiętał o wyczynach Michu i spółki. „Los Azulones” nie tańczą, oni widzą przed sobą równą, wybrukowaną przyzwoitej jakości kamieniami drogę prowadzącą do finansowego raju. Idą tam. Gdyby liga trwała od stycznia do teraz, w europejskich pucharach grałyby cztery drużyny z Madrytu – żadne inne miasto nie mogłoby pochwalić się takim wynikiem.
Druga sprawa dwatysiącedwunastotabelowa – Valencia i Sevilla. Obie drużyny, tradycyjnie uważane za potentatów, nie radzą sobie ostatnio zbyt dobrze. W naszej zabawnej klasyfikacji plasują się odpowiednio na szesnastnym i piętnastym miejscu. „Los Ches” mają dwa punkty przewagi nad strefą spadkowa, „Los Nervionenses” – trzy. Diagnozując oba przypadki, trzeba zwrócić uwagę na trenerów. Michel w Sewilli pracuje krótko, dostał w spadku drużynę bardzo rozedrganą, niepewną. Dostał wrak, który bardzo powoli podźwiga z, moralnego głównie, dna. Unai Emery to, jak już ustaliliśmy kilka dni temu (tutaj), szkoleniowiec obłąkany, który robi więcej złego niż dobrego. Sevilla w tym sezonie w pucharach sobie nie pogra, chociaż nowy trener zobowiązał się wywalczyć awans do Ligi Mistrzów. A Valencia… Z jednej strony to Valencia, więc z grą w Champions League nie powinno być problemu, ale z drugiej konkurencja jest naprawdę bardzo mocna. Malaga powoli zaczyna przerażać swoją mocą. Atletico, gdy chce, gra znakomicie. Podobnie Athletic i Espanyol.
Niewiele lepiej od „Los Ches” radzą sobie ich sąsiedzi zza miedzy. Levante ma raptem o jedno oczko więcej i zajmuje lokatę numer 14. To zabawne, że „Żaby” ciągle krążą wokół miejsc premiowanych grą w Lidze Mistrzów. Personalnie i mentalnie to ligowy przeciętniak. JIM dokonuje cudów, ale jego magia, jak widać w dwatysiącedwunastotabelowej statystyce, gaśnie.
Dwatysiącedwunastotabelowa (ależ piękne to słowo!) sprawa numer trzy to wspomniana wcześniej Saragossa. Agapito Iglesias wygrał los na loterii, decydując się na zatrudnienie Manolo Jimeneza. Niby legendarny defensor Sevilli trenerem wybitnym nie jest, niby jego ostatnia przygoda z La Liga zakończyła się przygnębiającą klęską, ale jednak wyniki są. W dwunastu kolejkach ekipa z La Romareda zgromadziła piętnaście oczek. Dla porównania – po pierwszych osiemnastu meczach punktów było dziesięć. Manolo daje radę. Do końca sezonu pozostało jeszcze dziewięć kolejek. Trzeba odrobić sześć oczek. To możliwe. Mało prawdopodobne, ale możliwe. Szkoleniowiec by bardzo chciał, kibice Saragossy też. Reszta ligi by nie chciała. Bo „Los Manos” to taki trup, który zamiast umrzeć, męczy się w przedagonalnych wstrząsach niczym jakiś biedak dotknięty chorobą świętego Wita.
Barca wygra ligę mistrzów .real napewno nie wygra
bo jest za cienki w uszach
adix wypowiedz na poziomie oraz, co ważne - na
temat....
Ciekawy artykuł o La Liga traktujących o czymś
więcej niż barcy i realu. Oby więcej takich!
Gratulacje dla autora.
pzdr