Ostatnia kolejka La Liga pokazała nam, jak wielką rolę we współczesnej piłce odgrywa zwykły, ludzki strach, który sprawia, że słabi stają się mocni, a mocni słabi.
Gdy nowy zaciąg gwiazdorów Atletico Madryt wybiegał na Camp Nou, w głowie miał pustkę. Falcao, Courtois i Diego zapłacili frycowe. Przeżyli ten sam szok, co Ronaldo, Di Maria i reszta asów hurtowo kupowanych przez Florentino Pereza. Oglądanie Barcelony w telewizji to nie to samo, co ścieranie się z nimi w stolicy Katalonii, na ich terenie i zgodnie z ustalonymi przez nich zasadami. Meczu z „Blaugraną” nie da się wygrać indywidualnościami, a chyba właśnie na to liczył Gregorio Manzano. Radamel Falcao nie przedrze się w pojedynkę przez zasieki obronne najlepszej drużyny świata. Gładka manita była doskonałą lekcją – jeśli na murawę Camp Nou wychodzi się, czując strach paraliżujący całe ciało, odbierający zdolność logicznego myślenia i sprawnego działania, to można spodziewać się w najlepszym wypadku straty pięciu bramek. Manzano przygotował Atletico do walki z ligowymi średniakami, z ekipami, którym można strzelić dwa, trzy czy cztery gole, nie stracić żadnego i bez większego zmęczenia zejść do szatni. Madrytczycy się nie zmienili – zmienił się trener i spora część składu, ale duch pozostał ten sam – mają potencjał, by gromić i być gromionymi. Nie mają potencjału, by walczyć, gryźć trawę, pluć krwią i w 90. minucie strzelić bramkę na 1:0. Nie mają potencjału, by podnieść się z kolan. Ich kapitan siedzi na ławce, brakuje prawdziwego lidera, który w trudnej chwili spojrzałby w oczy Diego, złapał go za gardło i w brutalnych słowach wytłumaczył, że jeśli w kluczowym momencie zabraknie mu chłodnej głowy, to nie ma prawa nazywać siebie piłkarzem. Brakuje kogoś, kto w kluczowym momencie zmieni niepewność w ambicję, a strach w wolę zwycięstwa. „Los Colchoneros” poczuli to, o czym pisał Herbert. Patrząc na kilkudziesięciotysięczny tłum Katalończyków, wiedzieli, że „to lęk, odwieczny, ciemny lęk o kruchy ludzki ląd zaczyna bić”.

Gracze Rayo Vallecano, patrząc na kilkudziesięciotysięczny tłum madridistas, nie czuli niczego, o czym pisał Herbert. Ich ludzki ląd nie był kruchy, nie bił o niego żaden lęk, a już na pewno nie taki, który jest ciemny i odwieczny. Jose Sandoval wykonał przed meczem świetną robotę, bo jego chłopcy, z których zaledwie kilku zaznało wcześniej smaku gry na Santiago Bernabeu, byli całkowicie zrelaksowani. Nie bali się gwiazdorów „Królewskich”, nie bali się, że Mourinho wydłubie im oczy, a Pepe skopie do nieprzytomności. Wyszli i po kilkunastu sekundach wywołali sensację. Potem przez dobre pół godziny byli stroną zdecydowanie lepszą. Alhassane Bangoura, dziewiętnastolatek, który dopiero stawia pierwsze kroki w prawdziwym futbolu, robił, co chciał z Marcelo, prawdopodobnie najlepszym lewym defensorem świata. Movilla w środku pola bawił się w kotka i myszkę z Lassem i naprawdę wszystko wskazywało na to, że po meczu Perez się powiesi, a Mourinho rzuci się z ostatniego rzędu trybun. Potem jednak na murawie pojawił się Oezil i ogarnął bałagan. Ostatecznie Madryt wygrał zdecydowanie, ale prawdziwym triumfatorem było Rayo, które jako jedyna drużyna, nie licząc Barcelony oczywiście, przyjechała na Santiago Bernabeu, nie panikując i nie modląc się o przetrwanie. Podopieczni Sandovala zasługują na utrzymanie. Klub często nie ma pieniędzy na wypłaty, atmosfera jest napięta, a oni jak gdyby nigdy nic rzucają wyzwanie samemu Realowi Madryt.










