Od dłuższego czasu szaleństwa transferowe arabskich szejków napędzają rynek transferowy, pozwalając mniej bogatym klubom zarabiac krocie na graczach niekoniecznie aż tak dobrych. Dotychczas uwaga krezusów skupiała się na lidze angielskiej. Teraz się to zmienia.
– Puk, puk.
– Kto tam?
– Arabski szejk. Kupuję twój klub
– Ale jak to? To prezent od taty, nie sprzedam go!
– Dam ci za to dużo pieniędzy, wyspę w kształcie kormorana i taką fajną figurkę w kształcie głowy Zidane’a.
– Lubię kormorany…
Czytając kolejne doniesienia o wielkich zakupach panów z Półwyspu Arabskiego, mam nieodparte wrażenie, że każda rozmowa biznesowa w ich wykonaniu wygląda tak, jak ta powyższa.
Fernando Sanz kilka miesięcy sprzedał Malagę dżentelmenowi zwanemu Abdullah bin Nasser Al Thani. Al Thani z tych Al Thanich, którzy w żelaznym uścisku rąk umazanych w ropie naftowej trzymają Katar, których czarne odciski dłoni widać już na koszulkach Barcelony, których nazwiska figurują w listach członków rad nadzorczych dziesiątek fundacji mniej i bardziej charytatywnych.
Ropa jest jak Święty Mikołaj – spełnia życzenia. A rodzina królewska marzy w sposób spektakularny.
Szejk Abdullah jest miliarderem, majątek zdobył w momencie urodzenia i cały czas zręcznie nim obraca. Jest znanym na całym świecie hodowcą koni, oczywiście czystej krwi arabskiej. Pieniążki zarabia, piastując funkcję dyrektora Doha Bank. Podobno od zawsze jest fanem hiszpańskiej piłki. Malagę kupił za 36 milionów euro od Fernando Sanza, który klubem kierował przez cztery lata. Dostał go w prezencie od ojca, zaraz po tym jak zakończył karierę zawodniczą (był stoperem, całkiem niezłym – rozegrał kilkadziesiąt meczów w Realu i kilkaset w Maladze). Wspomniany hojny tatuś ma na imię Lorenzo i jest z pewnością znany wielu fanom futbolu. To za jego kadencji Real wygrał dwukrotnie Ligę Mistrzów, to po nim stery nad „Los Blancos” objął Florentino Perez.
Abdullah początkowo chciał zachować się lepiej niż jego arabscy koledzy z Manchesteru City i przy pierwszym wejściu do klubu nie krzyczał: „Kupujcie gwiazdy! Zaklinam was, kupujcie gwiazdy!”. Mało tego, nie wrzeszczał, tylko wyłożył pieniądze, którzy lepiej od niego obeznani pracownicy andaluzyjskiego klubu mieli mądrze zainwestować. Kupili solidnego obrońcę – Krisa Stadstgaarda, szalenie nierównego, ale zdolnego do wielkich meczów Quincy’ego i kreatywnego Eliseu. Początek sezonu był obiecujący, kilka efektownych zwycięstw, eksplozja talentu Juanmiego. Abdullah mógł mieć powody do zadowolenia. Potem, w miarę spadku w tabeli, mina mu zrzedła. Posadę stracił Jesualdo Ferreira, trener przecież świetny. Jego miejsce zajął nie gorszy Manu Pellegrini.
Problem Malagi jest łatwy do zdiagnozowania – ona po prostu nie ma piłkarzy na poziomie La Liga. Poza Eliseu, Quincy’ym, Sandro Silvą i okazyjnie Fernando i Juanmim, są to gracze naprawdę słabi. Doktor Abdullah problem namierzył i rozpoczął akcję pod roboczym tytułem „KUPUJEEEEMY”.
Mamy słabego bramkarza? Co z tego, że Arnau to nasz kapitan, nie będzie grał. Bierzemy Sergio Asenjo z Atletico. Jest młody, dobry i siedzi na ławce. Zrobione. Nie mamy obrońców? Pamiętacie tego Demicośtam z Bayernu? Strasznie słaby był, ale nam się przyda, grał w finale Ligi Mistrzów – opowie mi. Zrobione. Pamiętam takiego Włocha, co w Sevilli grał niedawno. Dałoby radę go ściągnąć? Na imię na tak, jak syn Zidane’a. Zrobione. Wzięliśmy tego Asenjo, to może weźmy jeszcze kogoś z Madrytu, jakiś upust dadzą. Camacho może? Dobre nazwisko ma. Zrobione. Napastnik jakiś? Może Baptistę? W Realu grał, musi być dobry. Zrobione.










