Jeszcze kilka lat temu zastanawiano się, czy nastanie taki dzień, że w finale Ligi Mistrzów spotkają się zespoły z tego samego miasta. Jeśli padały odpowiedzi twierdzące, to bardzo często stawiano na Londyn. Rzeczywiście, derby stolicy Anglii w finale europejskiego pucharu możemy mieć już za rok, szkoda tylko, że prędzej w Lidze Europy niż w Champions League.
Do zeszłej środy u graczy Arsenalu można było jeszcze dostrzec uśmiechy na twarzach. Później jednak „Kanonierzy” zostali rozstrzelani na San Siro. Dzieciaki Wengera do Anglii wracały ze zwieszonymi głowami po największej w historii klubu porażce w Europie. W sobotę można było poprawić sobie humory, ale na Stadium of Light świecili tylko gospodarze, wbili oni bowiem ostatni gwóźdź do trumny, która zostanie pogrzebana w grobie z tabliczką: Arsenal – sezon 2011/2012.

Ta kampania, jak ktoś gorzko zauważył, była dla „Gunners” rekordowa. Największe baty w lidze, największe baty w Europie, największa liczba batów z rzędu. Oczywiście do gabloty nie trafi już żaden puchar, przynajmniej aż do rozegrania kolejnej edycji Emirates Cup. Wenger może zacząć planować strategię na następny sezon, która jednak będzie musiała różnić się od stosowanej teraz.
Francuz ma problem, bo tak naprawdę wyniki jego drużyny zależą w 99% od formy jednego zawodnika – Robina van Persiego. Holender, jeśli „Kanonierów” ominie przyszłoroczna edycja Ligi Mistrzów, może powiedzieć w końcu „dość” i śladami Adebayora, Toure, Nasriego czy Fabregasa odejść z klubu. Klubu, który musi w końcu zacząć wydawać. Może nie dużo, ale mądrze. Jeśli chodzi o ekonomię (notabene, Wenger ma magistra z tej dziedziny), to Arsenal może być uważany za wzór. W dzisiejszym futbolu jednak klub piłkarski, żeby zdobywać trofea, musi (przynajmniej od czasu do czasu) wydawać i, nie łudźmy się, żadne fanaberie Platiniego tego nie zmienią – czołówka zawsze znajdzie sposób, żeby niewygodne przepisy obejść.
Nie oznacza to, że Wenger (bo to on będzie nadal menedżerem, szanse na jego zwolnienie są takie jak na odzyskanie w tym sezonie przez Arsenal mistrzostwa) musi od razu wydawać setki milionów euro. Nie, on potrzebuje przede wszystkim planu. Kupować trzeba zaraz na początku, a sprzedawać (patrz: Squilacci, Diaby czy Arszawin) jeszcze wcześniej. Nie można wszystkiego zostawiać na ostatni dzień, bo później wychodzą takie Park Chu-Youngi porwane z hotelu albo inne Mertesackery, ze zwrotnością nadające się raczej do Sunday niż Premier League. Spójrzmy na Oxlade-Chamberlaina – zakup przemyślany, starannie przygotowany i mimo młodego wieku on już czasami zachwyca.
Francuz na swoje przemyślenia ma dużo czasu, bo ponad cztery miesiące i jeśli ich nie zmarnuje, to jego projekt Arsenal może zmartwychwstać. Choć może należałoby to ująć inaczej – jego projekt, zakładający grę juniorami pośród drużyn seniorskich już chyba definitywnie upadał, Wenger powinien swoje piękne wizje wsadzić sobie w buty. Niech założy własny klub piłkarski i tam je spełnia, a do szatni Arsenalu niech wprowadzi kogoś z charakterem i „cojones”, których tak zespołowi brakuje. Kogoś takiego, jak Patrick Vieira czy nieco wcześniej Tony Adams. Kogoś, kto może nie będzie wprawiał w zachwyt swoimi zwodami czy podaniami, ale za to gdy będzie trzeba, to krzyknie, poderwie kolegów do walki.
Jeśli Arsenal już swój tegoroczny pogrzeb odprawił, to, pozostając przy nomenklaturze związanej ze śmiercią (notabene, idealnie pasującej do takich rozważań), Chelsea swoją egzekucję na razie odroczyła do 14 marca, z niewielką nadzieją na ułaskawienie w ostatniej chwili. W lidze „The Blues” są w identycznej sytuacji jak lokalni rywale (a nawet gorszej, bo ich bilans bramkowy wygląda mniej okazale), o przejście do FA Cup bić się będą musieli na boisku drugoligowego rywala (nawet jego u siebie nie zdołali ograć), a wczoraj w Neapolu sami wprowadzili się w stan śmierci klinicznej, jeśli chodzi o Ligę Mistrzów.
Na San Paolo przyjezdni z oderwanej od kontynentu wyspy byli po prostu gorsi. I to nie o klasę, a przynajmniej o dwie. Cavani i Lavezzi spokojnie mogli ustrzelić po hat-tricku, Maggio zamiast do pustej bramki kopnął w dogodnej sytuacji w Ashleya Cole’a, a jedyny gol dla przyjezdnych padł dzięki – o, ironio, ściany nie zawsze pomagają gospodarzom – dziurze w boisku. Czas najwyższy chyba skrytykować menedżera „Niebieskich” zanim jeszcze, mimo wszystkich zapewnień Abramowicza, jak i samego AVB, można w ogóle tak o nim mówić.
Villas-Boas się gubi. Ewidentnie jest jak dziecko we mgle – i to gęstej jak mleko. Od przybycia na Stamford Bridge podjął chyba więcej bzdurnych decyzji niż w całym swoim życiu. Od zakazu parkowania Alexowi i Anelce samochodów na parkingu pierwszej drużyny, gdy ci musieli ćwiczyć z juniorami, zaczynając, na stwierdzeniu, że nie potrzebuje wsparcia piłkarzy, skoro wierzy w niego właściciel, kończąc.
Portugalczyk nie zmienił też za bardzo taktyki w ataku. Nadal polega ona w większości na czymś w rodzaju „laga na Drogbę i niech się dzieje wola nieba”, choć już od czasu do czasu widać przebłyski. Szczególnie kiedy Juan Mata nie gra bez sensu na lewym skrzydle, tylko jako rozgrywający. Wydaje się, że Portugalczyk chce nieco zmienić system 4-3-3 na 4-2-3-1, ale nie może tego robić, wystawiając na pozycjach pivotów Meirelesa i Ramiresa, czyli dwóch najgorszych defensywnych pomocników w swojej kadrze. Tym bardziej, jeśli ławkę grzeją akurat Essien i Obi Mikel. Poza tym, fatalna jest gra w obronie. AVB chciał większej agresji od defensorów, ale skutkowało to tym, że ci nie nadążali za szybszymi napastnikami i bramki wpadały pięć razy częściej niż zwykle. Ostatnio nieco odszedł od tej koncepcji, ale obrona nie tworzy monolitu, szczególnie kiedy brak w jej szeregach Johna Terry’ego.
AVB popełnia też gafy w mediach. O tej z poparciem Romana już wspomniałem, a na przykład po starciu z Napoli Portugalczyk twierdził, że Chelsea miała wcale nie mniej sytuacji od przeciwników, po prostu szwankowała skuteczność (czy tylko mnie wydaje się, że oglądałem inny mecz?). Oczywiście, zdaje się, że w szatni jest dużo bardziej stanowczy, gwiazdy ze starej gwardii czy Fernando Torres często siadają na ławce, a nie każdy by się na to odważył. Można powiedzieć nawet, że to, co dzieje się teraz przy Fulham Road, jest ewolucją. Pytanie tylko, czy taki klub jak Chelsea może sobie na nią pozwolić, czy raczej zmiany powinny zachodzić nieco łagodniej? AVB ma umiejętności, co pokazał w Porto, ale brakuje mu doświadczenia. Nabywa je, ucząc się na własnych błędach, ale znów, czy Stamford Bridge to do tego odpowiednie miejsce? Ferguson też zaczynał od wielu porażek i w przypadku AVB może być podobnie, ale pytanie podstawowe – jak długo takie eksperymenty wytrzyma Abramowicz?
Londyn to jednak na tyle piłkarskie miasto, że nawet jak jednym nie idzie, to zaraz w ich miejsce pojawiają się inni. Bessa Arsenalu i Chelsea oznacza bowiem hossę Tottenhamu, ba, można nawet powiedzieć, że to już prawdziwy boom. Co prawda, Manchester jednak trochę odjechał, ale „Koguty” są krok za duetem z północy – niby nadal z tyłu, ale to zawsze lepiej niż dwa czy trzy kroki. Poza tym „Spurs” są na papierze faworytem (mimo wpadki ze Stevenage) do zwycięstwa w FA Cup, dwie największe gwiazdy (Bale, Modrić) są obecnie najgorętszym, wartym prawie 100 milionów euro, towarem na rynku, niedługo zaś ich menedżer zostanie selekcjonerem kadry, a na kapitana reprezentacji wybierze zapewne swojego podopiecznego z klubu – Scotta Parkera (swoją drogą, czy jest w ogóle lepszy kandydat? Parker ani nie zdradzał żony, ani nikogo w pubie nie pobił, ani testów antydopingowych nie unikał). No cóż, jak widać, nic w przyrodzie nie ginie.
szanowny p.wengerze kup pan buraka do ataku , turcy
to waleczny narud wiec kup buraka z turcji, jego
statystyki sa widoczne wszedzie, wiec nie sknerz sie
i rzuc troche funciakow za buraka, i co mnie uspokoi
wroc do stareej strategi 4-4-2 z burakiem i
van persim
Jeżeli już zabierasz się za pisanie o Chelsea, to
radziłbym wcześniej obejrzeć kilka ich spotkań...
W jednym tylko akapicie zrobiłeś 6 merytorycznych
błędów...
1. AVB zmienił taktykę w ataku, gdybyś oglądał
mecze CFC sierpień-listopad, to zauważyłbyś, że
laga na Drogbę to wynik niepowodzeń w meczu, gdy
piłkarze szukają na siłę bramki, a nie pozostania
przy dawnym stylu (abstrah ując od tego, iż jeszcze
przed PNA to Torres wychodził od 1 minuty częściej
niż DD)
2. Mata notując masę asyst i bramek grał na lewym
skrzydle bez sensu?
3. Ramires to obok Maty i Sturridge'a najlepszy
zawodnik Chelsea w tym sezonie.
4. Meireles gra niezły sezon, z Napoli zagrał
fatalnie, ale za to z ManU wręcz po profesorsku. A z
pewnością nie jest najgorszym DP w składzie.
5. Mikel obecnie jest kontuzjowany, Essien pauzował
przez 5 miesięcy przez więzadła, więc jak mają
grać w pierwszym?
6. AVB nie chciał większej agresji w obronie -
Chelsea gra wyżej w defensywie (dlatego Luiz w
wyjściowym, jest najszybszy), stąd głównie strata
bramek. I oczywiście indywidualne błędy.
I mam nadzieję, że tam w słowie "ewolucja" jest
tylko literówka, bo chyba powinno być
"rewolucja"... Nie ma łagodniejszego określenia dla
zmian, niż ewolucja...