Trudno nawet mówić o zdziwieniu. Patrząc na zachowanie Ricardo Sa Pinto, wszyscy domyślali się, że prędzej czy później cierpliwość Dariusza Mioduskiego do Portugalczyka się wyczerpie. Wojny z dziennikarzami, brak szacunku dla innych trenerów, niejasna sytuacja w szatni – lista grzechów 46-latka jest bardzo długa. I o ile w przypadku zadowalających rezultatów prezes byłby w stanie przymknąć oko na wybryki szkoleniowca, to jednak w obliczu bardzo słabej formy drużyny natychmiastowa reakcja była koniecznością.
Sa Pinto objął stołeczny klub 13 sierpnia 2018 roku. Już po trzech dniach zadebiutował na ławce trenerskiej „Wojskowych”, prowadząc swój nowy klub w rewanżowym starciu z FC Dudelange. Mecz zakończył się remisem, który awansem promował Luksemburczyków. „Ryszard Lwie Serce” – bo takiego przezwiska dorobił się Portugalczyk – po końcowym gwizdku ruszył do arbitra głównego z olbrzymimi pretensjami. Uspokajać go musieli jego współpracownicy, a także sędziowie boczni. Już wtedy wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, jaki temperament drzemie w Sa Pinto. Dało się jednak usłyszeć głosy, że trener z mocnym charakterem pociągnie za sobą drużynę, której zarzucano apatię i brak sportowych ambicji.
Pociągnął. Ale raczej w dół.
Zapowiadało się nie najgorzej…
Legia odpadła z europejskich pucharów w połowie sierpnia, więc od tego czasu Sa Pinto mógł się skupić właściwie wyłącznie na rozgrywkach ligowych. Szybko doszedł do wniosku, że jego zespół prezentuje się fatalnie od strony motorycznej. Zaordynował więc przeprowadzenie drugiego okresu przygotowawczego, poświęcając tym samym potyczki z Wisłą Płock i Cracovią, w których warszawianie słaniali się na nogach.
Poprawa motoryki i kondycji przyniosła efekty. Legia regularnie gromadziła punkty i wydawało się, że rządy twardej ręki przełożą się na sportowy sukces. W piłce nożnej – jak w każdej innej dyscyplinie – trzeba jednak także umieć przegrywać, a to akurat największa bolączka Portugalczyka. Po porażce 1:2 z Pogonią Szczecin Sa Pinto dał prawdziwy pokaz żenady podczas konferencji prasowej. W sposób bardzo pretensjonalny odnosił się do jednego z warszawskich dziennikarzy, był opryskliwy i agresywny. Z jego ust padły słowa, które w kolejnych miesiącach były naturalnym następstwem każdej porażki Legii: „Rywale nie zasłużyli dziś na wygraną. Nie zrobili wystarczająco dużo, aby nas pokonać”. Za grosz autokrytyki, samorefleksji, przyznania się do błędu czy zwykłych gratulacji dla przeciwnika.
…ale później było coraz gorzej
Kiedy Legia kompromitowała się w Europie, ostre podejście Sa Pinto do zawodników znajdowało uznanie w oczach kibiców. W końcu ktoś wziął się za zmanierowanych pikarzyków. Fani z Łazienkowskiej popierali nerwowego trenera, wierząc w to, że zaprowadzi on ład w drużynie. Jednak wraz z upływem kolejnych miesięcy coraz wyraźniej widać było, że Portugalczyk posuwa się zbyt daleko. Rządy twardej ręki nie powinny bowiem objawiać się w postaci braku szacunku względem pracowników klubu. A takie właśnie informacje dochodziły z Warszawy.
Swoje pięć groszy do narodowej dysputy na temat niesfornego Sa Pinto dorzucił Krzysztof Mączyński, który został odstawiony przez szkoleniowca na boczny tor. Nowy pomocnik Śląska Wrocław nazwał swojego byłego trenera „tchórzem bez szacunku dla pracowników”. Sa Pinto nie pozostał Polakowi dłużny, deklarując, że ten jest niespełna rozumu. Można się nie zgadzać, można dyskutować, ale chyba nie trzeba od razu zarzucać komuś ułomności, czyż nie? Pochodzący z Porto szkoleniowiec nie radził sobie z własnymi emocjami, nie był w stanie zrozumieć, że nowoczesna piłka nożna to wielki biznes, w którym czasem należy zachować się dyplomatycznie. Nie wolno wszystkich konfliktów rozwiązywać pięściami i wyzwiskami.











