Z zeszłorocznych badań dziennika Manchester Evening News wynika, że 96% kibiców „The Reds” nienawidzi klubu z czerwonej części Manchesteru. Podobny stosunek panuje wśród fanów „Red Devils”, ponieważ blisko 95% z nich odwzajemnia odrazę do rywala. Antagonizm na obu frontach zatem był, jest i będzie, ale trudno się temu dziwić, ponieważ zarzewie konfliktu nie narodziło się na boisku.
Rywalizacja między oboma miastami istniała właściwie od zawsze, ale dopiero po konkretnych wydarzeniach jej moc przybrała na sile. Liverpool od Manchesteru dzieli niewielka odległość (56 kilometrów), co już na starcie piłkarskich rozgrywek w XIX wieku stwarzało warunki do starć derbowych. Z innej strony kolorytu dodawał również fakt, że tamten okres był szczególnie ważny pod względem ekonomicznym. W Anglii mówi się, że właśnie ten aspekt był kluczowy w załamaniu relacji wyżej wspomnianych miast.

Powodem nienawiści był… kanał
Może trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze w XIX wieku tytułowe metropolie potrafiły ze sobą współpracować. Ba, obie strony miały z tego faktu wymierne dla siebie korzyści. Na czym one polegały? Liverpool jest miastem portowym, które było wtedy uważane za najważniejsze na Wyspach. Inne większe aglomeracje w Anglii, dokonując eksportu własnych dóbr lub importu zza granicy, odpłatnie korzystały z dogodności oferowanych przez porty przy Merseyside. Podsumowując, Liverpool trzymał w garści żyłę złota.
Natomiast Manchester trzymał w garści… bawełnę. Tak, bawełnę. Obecnie najczęściej odwiedzane miasto w Wielkiej Brytanii było w XVIII wieku stolicą przemysłu włókienniczego. Fabryka na fabryce, huta na hucie i rzesze klasy robotniczej. Podobnie jak w Liverpoolu, który w wyścigu ekonomicznym plasował się jednak nieco wyżej przez wcześniej wspomniane porty. I tutaj tkwi sedno sprawy. Manchester był w pewnym sensie uzależniony od miasta Beatlesów, ponieważ samodzielnie nie mógł rozkwitnąć.

Liverpool, jako metropolia mniej okazała niż „Cottonpolis”, posiadał możliwość eksportu oraz importu właściwie na wyłączność. Taki stan rzeczy pozwalał na utworzenie wielu miejsc pracy oraz pozwalał utrzymać stabilną sytuację finansową miasta. Nie trudno się zatem domyślić, że to wywoływało zazdrość, którą w czyny przemieniły władze Manchesteru. Chęć odcięcia się od wymuszonych kosztów i wyjścia z cienia Liverpoolu była zbyt silna. I właśnie w takich okolicznościach powstał „Manchester Ship Canal”.
Ten 58-kilometrowy moloch dał Manchesterowi niezależność. Przemysł włókienniczy w połączeniu z własną drogą do morza był względem konkurencji milowym krokiem w przyszłość. Nowocześniejsze porty czy ogółem wyższy poziom infrastruktury obnażyły również poziom zaawansowania portów w Liverpoolu. W międzynarodowym handlu „Stolica muzyki pop” straciła swoją największą kartę przetargową. Porty zamykano, robotnicy tracili pracę, straty finansowe były potężne. Tak powstał ogromny konflikt.













