Przedsezonowe prognozy były jasne – Korona poleci z ligi, i to z wielkim hukiem. Klub będący na skraju bankructwa, targany wewnętrznymi problemami, osłabiony po letnim okienku transferowym, porzucony przez trenera i sponsorów – obraz nędzy i rozpaczy. Tymczasem koroniarze postanowili zagrać na nosie wszystkim tym, którzy spisywali ich na straty, i na półmetku rozgrywek zajmują piąte miejsce. Zaskakująco wysoko jak na pewniaka do spadku. W czym więc tkwi recepta na sukces „Złocisto-krwistych”?
Golański, Kiełb, Kapo, Cerniauskas, Carlos, Malarczyk – trzon zespołu z poprzedniego sezonu, zespołu, który niemalże do końca rozgrywek walczył o ekstraklasowy byt. Tych piłkarzy próżno dziś szukać w kieleckiej szatni. Pozostały po nich tylko lepsze i gorsze wspomnienia oraz setki filmików zamieszczonych na kanale prężnie działającej klubowej telewizji. Brak tak ważnych postaci nie tylko na boisku, ale także poza nim nie wróżył niczego dobrego przed zbliżającym się sezonem. Widmo spadku rozciągało się nad Kolporter Areną. Wszyscy wieszczyli rychłe spotkanie z pierwszoligową rzeczywistością. A Korona Kielce spokojnie pracowała.
Nowy sztab szkoleniowy na czele z odkurzonym trenerem Broszem szybko zabrał się za lizanie ran po transferowych czystkach. Do klubu znad Pilicy ściągnięto reprezentanta Łotwy – Gabovsa, który miał zapełnić lukę po (wydawałoby się niezastąpionym) Pawle Golańskim. Bartłomiej Pawłowski, Tomasz Zając, a nawet wyszydzany i mieszany z błotem przez wszelakiej maści opiniotwórców Łukasz Sierpina mieli zadbać o siłę ofensywną Korony. Transfery Macieja Wilusza i Rafała Grzelaka zdecydowanie wzmocniły doświadczenie kieleckiej szatni. Po zespole Ryszarda Tarasiewicza pozostały jedynie strzępki w postaci Sylwestrzaka, Dejmka, Jovanovica i Trytki. Nie było żadnych racjonalnych przesłanek świadczących o tym, że Korona może w tej lidze odegrać rolę inną niż chłopców do bicia. Korona Kielce była tonącym okrętem.

Gdyby jednak cofnąć się w czasie do sezonu 2011/2012, moglibyśmy z łatwością dostrzec analogię między ówczesnym zespołem a tym, na którego możemy spoglądać dziś. Wtedy drużyna Leszka Ojrzyńskiego była przez wszystkich – począwszy od portiera w „Przeglądzie Sportowym”, a skończywszy na prezenterach w telewizyjnych studiach – typowana do spadku. I właśnie w tamtym czasie byliśmy świadkami narodzin jednej z najbardziej zżytych i energetycznych ekip w najnowszej historii ekstraklasy. Słynna już „banda świrów” nie dość, że miała czelność obronić się przed spadkiem, to jeszcze o mały figiel, a zagrałaby w europejskich pucharach. A jak powszechnie wiadomo, historia lubi się powtarzać.











