Korona Kielce w sobotni wieczór przegrała swój dziewiąty mecz w sezonie. 0:1 z Rakowem w Częstochowie to był zdecydowanie najniższy wymiar kary dla „Scyzorów”. Zespół Leszka Ojrzyńskiego pozostaje bez wygranej od sierpnia i do końca roku będzie miał niesamowicie trudno, aby choć trochę poprawić swoją sytuację.
Ostatnie siedem spotkań w lidze to dwa punkty. Równie słabo prezentuje się pod tym względem jedynie Miedź Legnica. Co więcej, te dwa remisy Koronie Kielce udało się szczęśliwie osiągnąć po bramkach w ostatnich minutach, a nawet sekundach: najpierw właśnie w Legnicy, potem w Lubinie.
Rąbanka, nie piłka
Gdybyśmy jednak, nie zważając na rezultaty, mieli stworzyć ranking drużyn z najgorszym stylem, w cuglach wygrałaby go kielecka Korona. Beniaminek, który awans uzyskał po heroicznych barażach, już nawet nie stara się ukrywać, że jedyny plan to ordynarna laga do przodu i liczenie na jakiś aut czy rzut rożny. Co prawda, niedawno Warta Poznań udowodniła, że da się utrzymać samą obroną, ale trudno dostrzec między kielczanami a poznaniakami więcej podobieństw.
Zarówno trener Leszek Ojrzyński, jak i ofensor Korony Jakub Łukowski przyznawali, że w meczu z silniejszym przeciwnikiem muszą cierpieć na boisku. Rzeczywistość prezentuje się tak, że drużyna z województwa świętokrzyskiego cierpi już w każdym meczu – na własne życzenie. Te cierpienia muszą się przekładać na sympatyków „Złocisto-krwistych” i postronnych widzów, gdy widzą, że liczba fauli ze stykowymi zagraniami nie różni się drastycznie od liczby podań, a co gorsze, nikt nie zamierza nic z tym zrobić.
Czy jest sens to kontynuować?
A głosów odnośnie do konieczności rozstania ze szkoleniowcem, który wprowadził Koronę Kielce do ekstraklasy, ostatnio nie brakuje. 50-latek miał nie tylko pomóc powrócić na salony klubowi, którego znał z okresu pracy w latach 2011-2013, lecz także nadać mu nowej tożsamości. Tymczasem pierwszy sezon po awansie wiele wskazuje na powtórkę z sezonów marazmu i szarej rzeczywistości.
Zaczynając od słabej defensywy, popełniającej kuriozalne błędy, kończąc na bezpłciowej ofensywie, która często uzależniona jest od błysku jednego zawodnika: czy to chodzi o Jakuba Łukowskiego, czy o Bartosza Śpiączkę. Niestety w tym aspekcie współczesna Korona goni Koronę z czasów Gino Lettieriego, która była bezwzględnie wyszydzana za liczbę bramek i pomysł na atak, a raczej jego brak. Ostatnie trzy mecze, razem z przegranym pucharowym bojem w Łęcznej, to zero z przodu, a jak to wyglądało przy zdobyczach bramkowych? Można stwierdzić, że samodzielnie wypracowano takich ledwie pięć…











