Korona jest jedna, chętnych całe mnóstwo


Spór o europejski tron rozstrzygnie się między Anglią a Hiszpanią?

1 października 2019 Korona jest jedna, chętnych całe mnóstwo
Molfc.com

Nie da się ukryć, że sezon 2019/2020 rozkręcił się już na dobre. Powoli widać już, kto dobrze przepracował okres przygotowawczy, a komu na początku rozgrywek brakuje jeszcze nieco świeżości. Spekulacje o tym, kto zdobędzie mistrzowski tytuł w poszczególnych ligach, przybierają na sile. Nie sposób więc przejść obojętnie obok tego, co w klubowej piłce najważniejsze, czyli Ligi Mistrzów.


Udostępnij na Udostępnij na

Co roku, gdy spogląda się na uczestników biorących udział w Champions League, można spodziewać się kilku faworytów. Rozmyślanie o tym, kto w danym roku zdobędzie najważniejsze klubowe trofeum sprowadza się zawsze do nazw tych samych klubów. Mówi się, że Real i Barcelona zawsze są groźne, a Atletico może namieszać. Stawia się na czarujący Liverpool albo uznaje, że w tym roku Pep Guardiola musi w końcu zdominować międzynarodowe boiska. Do tego koszyczka dorzucamy jeszcze Juventus oraz Bayern Monachium i tworzy nam się grono faworytów, które pozostaje niezmienne od kilku lat.

Jeszcze nie tak dawno można było powiększać to grono o chociażby Chelsea czy Borussię Dortmund, lecz teraz takie drużyny raczej brane są pod uwagę jako czarne konie aniżeli pełnoprawni kandydaci do ostatecznego tryumfu. Łatwo więc zobaczyć, że w wyścigu po Puchar Mistrzów biorą udział głównie dwie nacje, którym postaramy się teraz przyjrzeć.

Pięć tłustych lat

Rozpoczęta przez Real Madryt w sezonie 2013/2014 moda na hiszpańskiego tryumfatora Ligi Mistrzów trwała nieprzerwanie aż do zeszłego sezonu. W tym czasie „Królewscy” czterokrotnie kończyli swój udział w turnieju jako zwycięzcy, raz tylko oddając ten zaszczyt Barcelonie. Zresztą drużyna „Blaugrany” w ostatniej dekadzie również nie mogła narzekać na liczbę pucharów, które trzeba było upchnąć w klubowej gablocie. Kroku potężniejszym kolegom próbuje dotrzymać Atletico. Drużyna Diego Simeone doszła w ciągu pięciu lat do dwóch finałów, lecz oba przegrała. Zakup Joao Felixa może okazać się tym brakującym elementem, którego brakowało „Atleti” w ostatnich latach.

Od sezonu 2008/2009 aż siedmiokrotnie to właśnie nazwy Realu bądź Barcelony były ostatecznie grawerowane na pucharze. Śmiało można ten czas nazwać hiszpańską hegemonią.

W tym czasie mogliśmy obserwować wiele historycznych dla piłki nożnej momentów. Nie wypada nie zacząć takiej wyliczanki od trzech tryumfów Realu Madryt z rzędu. Do tej pory obrona tytułu była dla wszystkich klubów marzeniem ściętej głowy, więc hattrick, jaki wykonali „Los Blancos”, był wydarzeniem bez precedensu.

Również w meczach z udziałem hiszpańskich zespołów padały jedne z najpiękniejszych bramek w historii europejskiego turnieju. Wystarczy przypomnieć gola Sergio Ramosa w lizbońskim finale lub karuzelę, na którą Boatenga wsadził Lionel Messi.

A jeśli już o bramkach i Messim mowa, warto wspomnieć, że do spółki z Cristiano Ronaldo przekroczyli jako pierwsi barierę stu goli strzelonych w Lidze Mistrzów. Przed nimi nie dokonał tego nikt, a kolejnych chętnych do przekroczenia tego strzeleckiego Rubikonu nie widać.

Brytyjskie powstanie

W zeszłym sezonie sprawy przybrały jednak inny obrót. Odejście z Madrytu pary Ronaldo – Zidane całkowicie pozbawiło drużynę Realu zwycięskiego ducha. Dodatkowo najedzeni ostatnimi sukcesami gracze „Królewskich” zaczęli sprawiać wrażenie ociężałych, a ktoś ewidentnie zapomniał o poszukiwaniu następców.

Z Barcelony z kolei odszedł Neymar, co zostawiło mocną wyrwę na katalońskim skrzydle. Dodatkowo pod wodzą Ernesto Valverde „Blaugrana” przestała sprawiać wrażenie nieustraszonego giganta i za bardzo polegano jedynie na geniuszu Leo Messiego.

Temu wszystkiemu z uwagą przyglądano się na Wyspach. Budowane przez dwóch trenerskich geniuszy zespoły Manchesteru City i Liverpoolu w końcu uznały, że najwyższa pora wyjść z ukrycia. Wdanie się w bitwę na gołe pięści z rozluźnionym Realem czy chwiejącą się Barceloną okazało się nad wyraz skuteczne.

Josep Guardiola i jego City co prawda wciąż czekają na swój moment na międzynarodowej arenie, lecz brytyjski projekt Hiszpana w końcu musi przynieść oczekiwane efekty. Po nieudanym epizodzie Guardioli w Bayernie i zdominowaniu ligi angielskiej Katalończyk coraz mocniej będzie kierował swoją uwagę na tereny Ligi Mistrzów.

W odróżnieniu od swojego krajowego rywala Juergen Klopp smak zwycięstwa w Champions League poznał raptem kilka miesięcy temu. Nieustannie ogrywany we wszelkiego rodzaju finałach niemiecki szkoleniowiec w końcu dopiął swego. Konsekwentnie budując drużynę „The Reds” wedle swojej wizji, skomponował ostatecznie maszynę do wygrywania. Ligowy wyścig przegrał dosłownie na finiszu, lecz nie przeszkodziło to Liverpoolowi w rozprawieniu się w finale Ligi Mistrzów z Tottenhamem, który wyeliminował po drodze chociażby Barcelonę.

Tottenham zresztą również jest przykładem na to, że angielska nacja coraz mocniej stara się odzyskać utracone miejsce na szczycie. Przeżywające ostatnio owocny czas „Koguty” potrafiły wyeliminować Borussię i Manchester City, więc rywali z wyższej półki aniżeli zespół Mauricio Pochettino. Poskutkowało to historycznym awansem do finału, w którym jednak górą okazał się Liverpool.

Wikipedia

Drugoplanowi faworyci

W ten wieloletni bój pomiędzy Hiszpanią a Anglią cały czas próbują wmieszać się kolejne narody. Tworząc listę najbardziej prawdopodobnych zwycięzców, zawsze wypada wpisać Bayern Monachium, PSG czy Juventus. Nierzadko dzieje się tak jedynie z braku lepszego pomysłu, ale w tym sezonie ktoś z tej trójki może poważnie namieszać.

Mowa tu o ekipie Bayernu. W Monachium w końcu przeprowadzono transfery z pierwszych stron gazet, co może okazać się istotnym elementem. Wyśmienita forma Lewandowskiego wspomagana przez powracającego do żywych Philippe Coutinho ma przynieść wyniki w Europie, za którymi w Bawarii tęskni się od lat. Dodatkowym atutem zespołu mistrza Niemiec mają być skrzydłowi. Wydawało się, że po odejściu duetu Robbery w Monachium powstanie dziura nie do zapełnienia przez lata. Tymczasem Serge Gnabry i Kingsley Coman świetnie weszli w role starszych kolegów i stanowią o sile zespołu.

Juventus wciąż ma sporo do zaoferowania, choć wydaje się, że przydałoby się w Turynie lekkie odmłodzenie kadry. Najważniejszy w zespole wciąż będzie 34-letni Cristiano Ronaldo, co nie daje najlepszej pozycji startowej. Dybala nie potrafi wznieść się na wyżyny umiejętności, a duet Higuain – Mandżukić swoje lata świetności też ma już raczej za sobą. W środku pola nastąpiło kilka zmian o twarzach Rabiota i Ramseya. Gdy dorzucimy tam jeszcze Miralema Pjanicia, wygląda to przyzwoicie, ale czy wystarczy na finał Ligi Mistrzów?

PSG broni się jedynie na papierze. Nazwiska w stolicy Francji nazbierano cudowne, lecz gorzej to wygląda, gdy przychodzi do poważnej gry w Europie. Spacerowe tempo, jakie wystarcza do wygrania mistrzowskiego tytułu, nie przyda się w pucharowej fazie Ligi Mistrzów. Do tego dochodzi zawstydzający konflikt z Neymarem i mamy obraz chaotycznego bogacza, który pieniądze wydawać potrafi, lecz są to nieprzemyślane zakupy.

Komu tytuł, komu?

Chętnych jak zwykle jest wielu. Trudno oczekiwać, że upragniony przez wszystkich uszaty puchar podniesie ktoś spoza wymienionych wyżej zespołów. Eksperci uwielbiają powtarzać, że Liga Mistrzów rządzi się swoimi prawami. W ostatnich latach jednak prawo te ustanawiają drużyny z Hiszpanii i Anglii i nie należy spodziewać się, by tym razem sprawy potoczyły się inaczej.

Wskutek kryzysu trapiącego w ostatnich miesiącach największe firmy z Półwyspu Iberyjskiego należy kierować swoje przewidywania w stronę Wysp Brytyjskich. Drużyny Premier League podniosły się z kolan i w ciągu ostatniego roku stanęły na nogach na tyle mocno, że rywale będą musieli się srogo natrudzić, by puchar nie wrócił z powrotem do Anglii.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski