Nie da się ukryć, że sezon 2019/2020 rozkręcił się już na dobre. Powoli widać już, kto dobrze przepracował okres przygotowawczy, a komu na początku rozgrywek brakuje jeszcze nieco świeżości. Spekulacje o tym, kto zdobędzie mistrzowski tytuł w poszczególnych ligach, przybierają na sile. Nie sposób więc przejść obojętnie obok tego, co w klubowej piłce najważniejsze, czyli Ligi Mistrzów.
Co roku, gdy spogląda się na uczestników biorących udział w Champions League, można spodziewać się kilku faworytów. Rozmyślanie o tym, kto w danym roku zdobędzie najważniejsze klubowe trofeum sprowadza się zawsze do nazw tych samych klubów. Mówi się, że Real i Barcelona zawsze są groźne, a Atletico może namieszać. Stawia się na czarujący Liverpool albo uznaje, że w tym roku Pep Guardiola musi w końcu zdominować międzynarodowe boiska. Do tego koszyczka dorzucamy jeszcze Juventus oraz Bayern Monachium i tworzy nam się grono faworytów, które pozostaje niezmienne od kilku lat.
Jeszcze nie tak dawno można było powiększać to grono o chociażby Chelsea czy Borussię Dortmund, lecz teraz takie drużyny raczej brane są pod uwagę jako czarne konie aniżeli pełnoprawni kandydaci do ostatecznego tryumfu. Łatwo więc zobaczyć, że w wyścigu po Puchar Mistrzów biorą udział głównie dwie nacje, którym postaramy się teraz przyjrzeć.
Pięć tłustych lat
Rozpoczęta przez Real Madryt w sezonie 2013/2014 moda na hiszpańskiego tryumfatora Ligi Mistrzów trwała nieprzerwanie aż do zeszłego sezonu. W tym czasie „Królewscy” czterokrotnie kończyli swój udział w turnieju jako zwycięzcy, raz tylko oddając ten zaszczyt Barcelonie. Zresztą drużyna „Blaugrany” w ostatniej dekadzie również nie mogła narzekać na liczbę pucharów, które trzeba było upchnąć w klubowej gablocie. Kroku potężniejszym kolegom próbuje dotrzymać Atletico. Drużyna Diego Simeone doszła w ciągu pięciu lat do dwóch finałów, lecz oba przegrała. Zakup Joao Felixa może okazać się tym brakującym elementem, którego brakowało „Atleti” w ostatnich latach.
Od sezonu 2008/2009 aż siedmiokrotnie to właśnie nazwy Realu bądź Barcelony były ostatecznie grawerowane na pucharze. Śmiało można ten czas nazwać hiszpańską hegemonią.
W tym czasie mogliśmy obserwować wiele historycznych dla piłki nożnej momentów. Nie wypada nie zacząć takiej wyliczanki od trzech tryumfów Realu Madryt z rzędu. Do tej pory obrona tytułu była dla wszystkich klubów marzeniem ściętej głowy, więc hattrick, jaki wykonali „Los Blancos”, był wydarzeniem bez precedensu.
Również w meczach z udziałem hiszpańskich zespołów padały jedne z najpiękniejszych bramek w historii europejskiego turnieju. Wystarczy przypomnieć gola Sergio Ramosa w lizbońskim finale lub karuzelę, na którą Boatenga wsadził Lionel Messi.
A jeśli już o bramkach i Messim mowa, warto wspomnieć, że do spółki z Cristiano Ronaldo przekroczyli jako pierwsi barierę stu goli strzelonych w Lidze Mistrzów. Przed nimi nie dokonał tego nikt, a kolejnych chętnych do przekroczenia tego strzeleckiego Rubikonu nie widać.













