W Hiszpanii wreszcie zmiany. Real stracił punkty, Barcelona nie straciła i w Madrycie zrobiło się smutno. Cztery oczka to dużo. 19. kolejka dała też punkty wszystkim drużynom ze strefy spadkowej, ale poskąpiła ich za to Sevilli i Getafe.
Kilka minut przed godziną 21 w niedzielę ostatni gwizdek meczu rozgrywanego na stadionie w Almerii symbolicznie zakończył emocje w bieżącym sezonie La Liga. Real Madryt zremisował i stracił dystans do Barcelony. Katalończycy z czteropunktową przewagą mogą się potknąć nawet trzy razy, a i tak kwestię mistrzostwa będą mogli rozstrzygnąć podczas kwietniowego Gran Derbi.
Co zapamiętamy z tego, jakże ważnego, meczu?
– wynik (niesamowite, prawda?);
– miny Ronaldo w momencie, gdy sędzia Perez Lasa po faulach na nim przyznawał rzuty wolne dla Almerii;
– szczery uśmiech na twarzy Mourinho pod koniec meczu, kiedy już wszystko było jasne;
– świetną zmianę, jaką dał Granero;
– koszmarną zmianę, jaką dał Carvalho;
– poprzeczkę przy strzale nażelowanej bryły banknotów o łącznej wartości prawie 100 milionów euro;
– formę Diego Alvesa.
Jednak zapamiętamy przede wszystkim to, że Pablo Piatti, nieco ponad 160 centymetrów piłkarskiego talentu, po końcowym gwizdku odważnie ruszył do ataku na Ikera Casillasa. Kapitan Realu stanął i dzielnie oczekiwał ataku tej niepowstrzymanej góry mięśni i testosteronu. Atak nie nadszedł, bo nadszedł Alvaro Arbeloa. Odnoszę jednak wrażenie, że nawet jakby Argentyńczyk przedarł się przez zasieki koszulek Realu, to i tak zostałby znokautowany. Casillas miał rękawice.
Zanim Real popełnił błąd, który pewnie będzie go kosztował mistrzostwo, tematem numer jeden w madryckiej prasie była osoba Ruuda van Nistelrooya. Cały świat wie, że Real szuka napastnika. Usłużni dziennikarze jak z rękawa sypią propozycjami. Mówiło się o opcjach prawdopodobnych i logicznych (Adebayor), prawdopodobnych i nielogicznych (Szalai), transferach dziwnych (Klose), nierealnych („Chicharito”) i takich, których kategoryzowanie jest niezwykle trudne (Uche, Fabiano). Przestano o nich mówić, gdy okazało się, że działacze Realu skontaktowali się z Ruudem.
Musicie wiedzieć, że Ruud to w Madrycie półbóg, któremu kibice, gdyby nie hiszpańska, leniwa mentalność i problemy formalne, stawialiby pomniki. Jako jedyny z watahy Holendrów z klubem pożegnał się pięknie. Nie odchodził tylnymi drzwiami wypychany przez działaczy i ochronę, nie krzyczał, że cały Real to jedna wielka mafia. Wyszedł na stadion, odebrał ogłuszającą owację, w której kibice zawarli podziękowanie za dwa tytuły mistrzowskie, Trofeo Pichichi i niezliczone, wspaniałe spotkania, powiedział „do zobaczenia” i odszedł. Teraz chce wrócić, mówi o tym otwarcie. Real równie otwarcie mówi, że marzy o takim kontrakcie – pół roku gry, kilka goli, kilka asyst, a potem może zakończenie kariery w wielkim stylu, w wielkim klubie?
Hamburgerowi się to nie podoba. Kontuzje i Puchar Azji sprawiają, że niemiecki zespół po prostu nie ma napastników. Szykuje się prawdziwa wojna, bo Ruud w wypadku braku transferu pewnie się obrazi i odmówi gry również w Bundeslidze. Holender to dżentelmen, człowiek z wielką klasą, który najzwyczajniej w świecie nie rozumie i chyba nie chce zrozumieć, czemu jego obecny klub nie pozwala mu spełnić marzenia. Nie było w historii piłkarza, którego Real przywoływałby w chwili trwogi – klub zazwyczaj stawiał na jakiegoś drogiego, topowego grajka albo nieudolnie szukał takich zamienników. Teraz zwrócił się do króla napastników z prośbą o pomoc, o ostatnią przysługę, która będzie też wyrazem najwyższego uznania dla jego umiejętności. „Van Gol” twierdzi, że wszystko skończy się szybko, pozostaje czekać.










