Wczoraj w samo południe swoją karierę piłkarską zakończył Ruben de la Red. Hiszpan jest jednym z niewielu przykładów pokazujących, że futbol nie spadł jeszcze na dno komercyjnej farsy.
Oglądając zapis konferencji Rubena ciężko powstrzymać wzruszenie. Piłkarz częściowo czytając, częściowo improwizując, opowiedział o tym, że jego piłkarska kariera dobiegła końca, teraz będzie chciał sprawdzić się w świecie trenerskim, że wierzy w sukces swoich kolegów i na zawsze pozostanie madridistą. Z każdym kolejnym zdaniem Ruben mówił coraz wolniej, walcząc z żalem ściskającym gardło. Gdy kończył swoje oświadczenie zapewnieniem, że jego serce pozostanie na zawsze białe, miał w oczach łzy. Te łzy to najwyższy dowód miłości do klubu i ludzi go tworzących, miłości do całego futbolu. W czasach, gdy przywiązanie do klubu jest determinowane przez liczbę zer na końcu proponowanego kontraktu, postawa Rubena zdaje się reliktem czasów, o których pamiętają już tylko nieliczni. Tragedia De la Reda po raz kolejny udowodniła światu, że istnieją ludzie, którzy na świat nie patrzą przez pryzmat pieniędzy i sławy, dla których ważne są spełnione dziecięce marzenia.

Marzeniem Rubena był Real Madryt. Urodzony w podmadryckim Mostoles, tam gdzie wielki Iker Casillas, Hiszpan trafił do szkółki „Królewskich” w wieku 14 lat, a więc dość późno. W wieku 19 lat zadebiutował w Castilli. Jego talent był w tak oczywisty sposób wielki, że jeszcze w tym samym sezonie rozegrał pierwsze spotkanie na Santiago Bernabeu. Wypełniony gasnącymi gwiazdami klub nie był jednak idealnym miejscem dla Rubena. Zapadła decyzja o wypożyczeniu do Getafe. Piłkarz wreszcie zaczął regularnie grać w La Liga i Pucharze UEFA. Jednak to nie był cel, to był tylko kolejny krok do celu, jakim był pierwszy skład Realu Madryt. Wspaniała gra w ekipie „Los Azulones” zaowocowała nie tylko powrotem na Santiago Bernabeu, ale też powołaniem na turniej finałowy Euro 2008. Ruben zagrał w trzech meczach, strzelił jedną bramkę i po meczu finałowym mógł dumnie wznieść do góry puchar świadczący, że oto stał się mistrzem Europy. Potem przyszedł kolejny sezon, mecz Pucharu Króla z Realem Union. Nadszedł koszmar. De la Red zasłabł na murawie. Gdy ciągle nieprzytomnego piłkarza zabierała karetka, jego boiskowi koledzy myśleli o tym, o czym myślał cały świat. Widzieli biel oczu pomocnika, bezwład jego ciała, maskę tlenową na twarzy i desperację klubowych lekarzy. To wszystko było tak podobne do relacji z ostatnich chwil Antonio Puerty i Marca-Viviena Foe, że totalnie zawładnęło umysłami graczy Realu. Przegrali ten mecz, odpadli z pucharu, ale i tak byli szczęśliwi. Ruben obudził się w karetce, jego życiu już nic nie zagrażało.
Mijały dni, tygodnie, minęły dwa lata, a ciągle nikt nie widział, co sprawiło, że serce Rubena odmówiło posłuszeństwa. Najlepsi lekarze świata przyjeżdżali do Madrytu, badali piłkarza i bezradnie rozkładali ręce. De la Red był gościem konferencji medycznych, jego przypadek stał się swoistym wyzwaniem dla świata kardiologów. Jak to możliwe, że zdrowy, niezwykle silny i wytrzymały 23-latek traci przytomność? Jego serce wydaje się zdrowe. Aż do dzisiaj nie wystąpiły żadne objawy nawrotu dolegliwości. Ale nikt przy zdrowym zmysłach nie zgodziłby się, by wrócił do wyczynowego sportu. Nikt nie wziąłby odpowiedzialności za ewentualną boiskową tragedią. Nikt nie chciałby stawiać mu pośmiertnych postumentów i fundować nagrody jego imienia.











